moi ludzie

e: odkąd mam na głowie więcej niż tylko własne ja zaprzęgnięte w obowiązki,  coraz częściej, jakby na przekór, zastanawiam się nad tym, co jest dla mnie w życiu ważne i na co spożytkować cenny czas, który mi tu na tym ziemskim padołku został przeznaczony. Wiem, że zaczynam z grubej rury, ale jakoś tak nam się blogowo i życiowo układa, że tematy trudne i wymagające przemyśleń, wypływają na wierzch częściej niż 7 rad na piękną pupę. Trochę winię za to zupełnie niepolskie upały, od których Południowcy aż kipią od emocji, a nieprzyzwyczajeni Polacy dostają kociokwiku, a trochę wiem, że czasem trzeba wypluć taki tekst i basta.

Kiedy po 5 latach studiów przeprowadziłam się z sielskiego Lublina do tętniącej Warszawy, pierwszym moim odruchem była organiczna wręcz chęć powrotu na stare śmieci, nawet kosztem tkwienia w znienawidzonym przeze mnie obszarze prawniczego (pół)światka. Siedziałam w pokojomieszkaniu na Kabatach z psem Docentem i wyłam, zrozpaczona i pewna, że tych okropnych studiów nie skończę nigdy, praca jest na chwilę, a stolica to nie miejsce do normalnego funkcjonowania. Osaczona ze wszystkich stron przez oczekiwania innych, czułam się jak TEN biedny prosiak, którego nieudolnie łapali policjanci – niby się im niezdarnie wymykałam, ale w gruncie rzeczy wiedziałam, że wielka siata w postaci dorosłości i tak mnie dopadnie. Pogodzenie się z rzeczywistością i dostrzeżenie jej plusów, wymagało przede wszystkim czasu – wiem, to cliche i plotę pewnie truizmy, ale serio, tak jest i nie ma co z tym dyskutować. Co bardziej mnie w końcu ubodło, to refleksja, że wyjazd z miasta inspiracji był prawdziwym testem na relacje. A za tym zaraz przyszła kolejna myśl, że łączą mnie one z całą masą wartościowych ludzi, których bardzo chcę mieć w tym swoim ziemskim żyćku, a mam je tylko jedno i to ograniczone czasowe, więc jak o nich wszystkich odpowiednio zadbać?! Czy da się w ogóle utrzymywać kontakt z każdym, kogo darzymy serdecznym uczuciem, czy lepiej na samym początku położyć lachę na trudnej, bo nieregularnej relacji i ustrzec się przed smutnymi skutkami jej zaniknięcia, zanim ono w ogóle nastąpi? Nie widząc kogoś na co dzień, nie wiesz przecież tak naprawdę co siedzi mu w głowie, zaczyna Wam brakować wspólnych tematów, bo nie łączy Was już ta dojeżdżająca codzienność, a zdawkowe „co słychać?” na fejsie nie niesie chyba w sobie wystarczającej dozy informacji, którą podświadomie czytasz z mowy ciała…?

Długo zajęło mi zrozumienie, że istnieją relacje, które są tak prawdziwe i szczere, że brak ciągłego kontaktu nie wpłynie na ich jakość, i że nie muszę codziennie nakurwiać wiadomościami na mesendżerze. Mam na tym świecie swoich ludzi (i ave Wam, niestrudzeni słuchacze moich koślawych żartów!), którzy po pół roku ciszy dalej łapią w lot moje skróty myślowe i choćbym stała z rozjebaną furą pod Everestem, to zorganizują transport zastępczy. Mam też ziomków od serca, którzy z inteligencją ostrą jak brzytwa potrafią po kwartale bez spotkania płynnie wrócić do dyskusji światopoglądowej, toczonej kiedyś w asyście wódeczki, w którejś z naszych wynajętych klitek. Moi ludzie pracują, robią kariery, uczą się, podróżują, ale zawsze, choćbyśmy nie widzieli się 10 miesięcy, ze szczerą ciekawością i szacunkiem traktują mnie i siebie nawzajem.

Lekcja, jaką wyciągnęłam po 20 latach budowania świadomych relacji jest przede wszystkim lekcją tego ostatniego. Empatia to mój główny talent według omnibusów z Instytutu Gallupa, więc naturalnie angażuje się mocno w problemy innych i żyje nimi bardziej niż swoimi, co równie często jak wdzięczność samych zainteresowanych, przynosi mi wrogość i odrzucenie. I spoko, to jestem w stanie zrozumieć i zaakceptować – nie każdy oczekuje takiego stopnia poufałości. Jedyne czego absolutnie n i e  z n i e s ę, to brak szacunku. I nieważne, czy nie szanujesz mnie, bliskich sobie osób, moich poglądów czy poglądów innych – jeśli się nawzajem nie będziemy szanować, to zejdziemy na psy i ja w takim świecie żyć nie chcę.

Aga pisała o toksycznych związkach, ja mam gdzieś w głowie toksyczne relacje, które kiedy raz Cię oplotą, zaburzają ostrość widzenia wad we wszystkich ludziach, którzy Cię otaczają. Dbaj więc o tych dobrych, którzy Cię naprawdę rozumieją i nie ulegaj sentymentom. Nawet najdłuższa znajomość na świecie, może okazać się w kluczowym momencie sentymentalnym złudzeniem, więc w chwili zwątpienia, czy warto jednak nakurwiać te wiadomości zadaj sobie pytanie, czy między nami jest rispekt na zawsze i jeśli tak – śmiało, każdy gimbus przecież wie, że nieważne jak i gdzie, ale ważne z kim.

choroba chcenia

E: Po długiej przerwie, w której moje blogerskie obowiązki przejęła całościowo Aga (ave cezarowo!), a która obfitowała w tzw. myślobiegunkę, wracam z refleksją, że oto dorobiliśmy się kolejnej współczesnej choroby. Wydawało mi się dotychczas, że rozsądna chęć posiadania (niezależnie, czy to dóbr materialnych, czy chwil i wspomnień) to motor napędowy godny pochwały. Musimy się przecież jakoś motywować w tym trudnym świecie, w którym szczurek z sąsiedniego boxu wstawia zdjęcia z urlopu na Bali, a Ty klepiesz kolejną tabelkę w Excelu. Ponieważ wolę raczej podejście pozytywne, to modna ostatnio wizualizacja siebie w przyjemnym miejscu jest mi mimo wszystko bliższa, niż wpędzanie się w ciężki pracoholizm wizją nieuchronnego bezrobocia. Zauważyłam jednak na sobie samej i na moim bliskim otoczeniu, że i z pozytywną automotywacją do działania można przesadzić i wtedy wkracza ona, cała na biało.

CHOROBA CHCENIA.

Chcę się rozwijać, chcę też odpocząć od pracy, chcę w sumie ją zmienić i chcę też zostać. Chcę wyjechać na safari, bo fotki na Insta i chcę też mały domek w Bieszczadach, bo fotki vol. 2, i nowy telefon, i samochód, i kredyt na mieszkanie, bo Zośka już się urządza w swoim lofcie, a Heniek to mógłby się oświadczyć, bo chcę ja i babcia i ciocia Stasia, a jestem już po ćwierćwieczu, więc chcę i basta. Najlepiej na już, bo już to jest termin najodpowiedniejszy ze wszystkich, a za rok to nie wiadomo i może Putin najedzie kraj nadwiślański i nici ze ślubu w stodole nad Bugiem (fotki vol.3).

Wstrzymajmy konie kochani, po co się tak spieszyć z tym chceniem, a w zasadzie chceniami? Instant to dobra jest zupka, jak masz kaca po owocnej imprezie, ale nasze życia pewnie się tak ekspresowo nie potoczą, o ile nie nastąpi zaskakujący zbieg sprzyjających okoliczności. Nie dajmy się wpędzić w tę chęć posiadania, bo skończymy jak wspomniana zupka. W proszku.

Trochę mam poczucie, że 25. rok życia ma w sobie coś mistycznego, co każe się zastanowić nad sensem i celem tego, co aktualnie robimy. I to jest normalne i zdrowe. Nie dajmy sobie jednak wmówić, że w ciągu najbliższych 10 lat musimy mieć wszystko ułożone od A do Z, a nasze wybory mają być pewne i ostateczne. Chcenie może nam pomóc osiągnąć to, co założyliśmy, bo bez niego tak naprawdę nie stanie się nic konstruktywnego. Ważne, żeby było mądre i żeby faktycznie napędzalo nas do działania, a nie do ślepego kolekcjonowania torebek (tak, mówię o Tobie Ewelina, stahp it) i wspomnień na pokaz. Chciejmy mądrze i na wesoło, dając sobie czas. Presja jest w naszych głowach, a powinna tam być strefa komfortu. Dosłownie i w przenośni.

Wasza (jeszcze) dwudziestopięcioletnia!