#miastomoje: Lublin

e: warszawska nadwyżka bodźców nie zdołała jeszcze zalepić w moim sercu dziury po Lublinie. Wyjeżdżając na studia na ten dziki wschód nie sądziłam, że wrosnę w niego jak Ras, a wyjazd będzie tak trudny, jak żegnanie się z najlepszym przyjacielem. Powiesz pewnie, nic zachwycającego, trochę drzew, ulic, bloków z wczesnego Gierka i rosyjski słyszany częściej niż gdziekolwiek w Polsce. A dla mnie Lublin to taka ilość emocji i wspomnień, że nawet teraz wzruszam się kretyńsko widząc ujęcia z wąskich, staromiejskich uliczek i szerokich ścieżek wzdłuż wąwozu. Po części wiem, że to nie o same mury chodzi – te są przecież zbliżone do siebie na całym świecie, a jednak jakiś Stasiukowy czar lubelski tkwi w nich jak zadra.

Pamiętam ciepły październik 2011 i kupione u kultowego szwagra na miasteczku „Sandomierskie Jabłuszko”. Agusia potwierdzi zapewne, że wino z Sandomierza klepie najbardziej i bezpardonowo uderza do głowy. Pite szybko na murku przy AOSie, z ludźmi poznanymi dopiero co na tym nowym, ekscytującym etapie smakowało dużo lepiej niż dziesięć razy droższe, izraelskie cabernet sauvignon kilka stabilnych lat później. Nie wiem, czy to pół dekady studiów zaburzyło mój zmysł sommeliera, czy po prostu już nigdy nie poczuję takiego smaku beztroski.

Myślę Lublin i widzę szpalery drzew na LSMie i obdrapane place zabaw obstawione przez tych, których dzisiaj nazwałbyś pokoleniem 500+. Widzę Panią Wiolę w Żabce na przeciwko, która stresuje się, bo nie poszło jej kolejne przesłuchanie do jakiejś osiedlowej sztuki. Słyszę starsze panie pod blokiem, które nie przebierając w słowach po niedzielnej porannej mszy nie mogą pogodzić się z faktem, że pod 5. zamieszkuje lokalna ladacznica, a ja wiem, że to po prostu samotna matka z dzieckiem. W mojej głowie idę zamarzniętym Krakowskim Przedmieściem, mijam nieśmiertelny, wielki sękacz na wystawie cukierni i z każdym rokiem coraz bardziej opuszczony Sezam. Kolejny rok z rzędu wkurzam się na niedokończoną kładkę koło UMCSu i nerwowym krokiem zmierzam na jeden z nudnych wykładów. Późną wiosną palę grilla pod Burżujem, a na studzience kanalizacyjnej koło Orlenu, tuż za klinikami weterynaryjnymi, piję z bliskimi mi ludźmi poimprezowe piwo, którego rano będę bardzo żałować. Jutro pójdę na kolejny, juwenaliowy koncert, wyskaczę kaca na Hey i Lady Pank, a w poniedziałek zaśpię na postępowanie cywilne o 17:30.

Lublin to studenckie imprezy, improwizowane karaoke, kraty browarów i białe noce zarwane do, jak zwykle, niespodziewanej sesji. To jakieś dziwne bułki-parówki, ruskie papierosy na sztuki i rodziny z brejdakami. To też otwarci ludzie wschodu, który chyba tutaj ma właśnie swój przedsionek – czujesz to w tej ledwo widocznej wielokulturowości, gdzie polski do cna cebularz, spotyka żydowskie gęsie pipki i kebaba u Mustafy. Charakter tego miasta jest w jego zniszczonych kamienicach, rozłożystych, komunistycznych osiedlach i szemrzących, choć lekko brudnawych, wodach Bystrzycy. To miasto-paradoks, do którego sto tysięcy młodych przyjeżdża co roku szukać szczęścia i powodzenia na rozlicznych uczelniach, i z którego co roku prawie tyle samo młodych i rozczarowanych uderza na zachód, posiłkując się ledwo zdobytym dyplomem i żywiąc niespełnioną ambicją. Sama z niego uciekłam z wielkim bólem i rozgoryczeniem, bo nocne spacery z małpką w coli po uśpionym Narutowicza i cichym Chopina otworzyły mnie na poznawanie miasta jak nic innego; to chyba dzięki nim potrafię dzisiaj z taką łatwością chłonąć klimat dalekich aglomeracji

Zrzut ekranu 2018-09-18 o 22.52.46.png

Ślad, jaki we mnie Lublin zostawił to z jednej strony pamięć pierwszej prawdziwej przeprowadzki, z drugiej sieć przyjaźni, którą się szczelnie oplotłam, a z trzeciej ten nieuchwytny duch wschodnich, małych miasteczek, które zdarzało mi się potem odnajdywać w miejscowościach południowego Podlasia.  Gdziekolwiek jestem na świecie, nigdzie już pewnie nie odnajdę spokoju ducha, jakie przez pięć lat dawało mi kroczenie lubelskimi szlakami. Wtedy wydawało mi się, że to moje miejsce na Ziemi, dzisiaj wiem, że takich miejsc jest wiele i tylko od nas zależy, czy potraktujemy je jak „swoje”.