antykoncepcja – suplement diety

A: Wsadzę trochę kij w mrowisko i popiszę o ciele i medycynie, why not. Nie jestem najbardziej odpowiednim człowiekiem do opieprzania innych za nieszanowanie swoich ciał i przyjmuję to na klatę, dlatego ten wpis ma być tylko punktem zaczepienia do waszych własnych przemyśleń. Mam nadzieję.

Może zanim przejdziemy dalej: tak, jestem trochę feministką, ale uprawiam ten feminizm na swoim podwórku (szczególnie podczas świąt, polecam).  Przez ostatni czas zastanawiałam się, kiedy świat stwierdził, że ciąża to problem kobiet. I nawet bardziej, dlaczego lekarze przepisują antykoncepcję każdemu tak łatwo, jakby to była witamina C. I dlaczego ludzie, tak ogólnie, z jednej strony ze swojego ciała robią wysypisko w Radiowie, a z drugiej wydają miliony na kremy ze śluzem niewiadomoczego i operacje plastyczne. Coś bardzo poszło nie tak.

Gdy byłam w gimnazjum i miałam bardzo nastoletnie problemy ze skórą, lekarka chciała mi przepisać nic innego, jak Diane 35, lek, który zabił kilkanaście kobiet. W ogóle ciekawa historia, bo tabletki zostały wprowadzone na rynek w 1982 roku i już w tym samym roku odnotowano, że zawarty w Diane 35 progesteron zwiększa prawdopodobieństwo zakrzepów krwi. Coś z tym lekiem zrobili dopiero w 2012 roku i tutaj chciałabym zadać pytanie, którego unikam, ale what the fuck?

I tak, wzięłam jakieś dwa, trzy opakowania, czułam się najgorzej na świecie, przestałam, ale przez moje problemy ze zdrowiem zaczęłam brać hormony znowu, tym razem inne tabletki. Cały czas słyszałam tylko, że to jest jedyna szansa dla mnie żeby normalnie funkcjonować i kiedyś założyć rodzinie – przyjmowanie sztucznych hormonów.  Byłam wtedy za bardzo przerażona tym, co się dzieje, żeby jakkolwiek polemizować z lekarzami, ani razu zresztą nie usłyszałam o skutkach zażywania tych leków, poza oczywiście tymi rzucanymi w reklamach, czyli spadek libido i przybieranie na wadze, bo przecież to jest najgorsze, co kobiecie może się w życiu przydarzyć. Żadne tam udary, ale właśnie bycie grubszą i mniejsza ochota seks. Z perspektywy czasu, świadomości i rozmów z moimi koleżankami wiem, że ja te hormony brałam o wiele za długo.

W życiu bardzo nie lubię, gdy ktoś mnie robi w bambuko, tym bardziej jeśli chodzi o moje zdrowie. Nie lubię słyszeć, że przy takim rozwoju technologii nie opracowano innych, mniej inwazyjnych leków na leczenie niektórych chorób niż sztuczne hormony. Nie lubię, jeśli nie traktuje się mnie jako całość, a jedynie jako chodzący worek narządów. W pigułkach antykoncepcyjnych są dwie dobre rzeczy: dały kobietom dużą niezależność i są cholernie wygodne. Chciałabym tylko, żeby każda z kobiet lub dziewczyn, podejmując decyzję o przyjmowaniu tych tabletek, robiła to z pełną świadomością i wiedzą o różnego rodzaju skutkach i przeciwskazaniach.

Abstrahując od mojego hejtu na te tabletki, tak naprawdę wszystkie te słowa napisałam w zasadzie w imię dwóch spraw:

  • czytajcie, dużo
  • szanujcie się, bardzo.

czy nie jest nam aby za dobrze?

E: jest późny, niedzielny wieczór, a ja wróciłam własnie do domu od jednego z najbliższych mi ludzi. Mam żołądek pełen grzanego wina, głowę pełną pytań, a w ręku kawałek zimnej pizzy.  Dlugie rozmowy zwykle są dla mnie bodźcem dla myślenia i idę o zakład, że grzaniec pobudza przepływ impulsów między neuronami.

Po rozmowie z wyżej wymienionym bliskim człowiekiem, wróciło do mnie stare pytanie – czy aby nam, pokoleniu 25-letnich, wychowanych na pokemonach i dorastających w gimnazjach, nie jest trochę za dobrze? Jeśli czegoś nie wiemy, wklepiemy to w Google;  jeśli chce nam się jesć, wyklikamy pyszne.pl. Brodzimy codziennie w tym morzu możliwości, bojąc się jednak wejść dalej niż po kolana.  Z jednej strony chcemy zdobywać góry, a z drugiej boimy się poświęceń. Nie wiemy do końća, czy nasze studia, praca, hobby to jest faktycznie coś, co nas jara, czy to może chwilowa zajawka, jednak strach przed tym, że ktoś nam może te możliwości ograniczyć, kończy się zwykle panicznym powrotem do zwykłej-niezwykłej codzienności. Nie chcę się stawiać w pozycji mędrca, który przeżył już życie za siebie i innych i może z całkowitą pewnością powiedzieć, ze jest tak, a nie inaczej. Stawiam się nawet w zupełnej (totalnej?) opozycji do takiego podejścia. To pytanie w tytule, to trochę na zaczepkę. Pewnie każdy z nas kiedyś musiał się z nim zmierzyć w rozmowie z kimś starszym, kto sam uważał się przez to za mądrzejszego. Wcale nie neguję doświadczenia zdobywanego wraz z wiekiem, jednak to „tobie to jest chyba za dobrze” utkwiło mi mocno w pamięci. Bo wcale mi za dobrze nie było – fakt, że miałam i mam tyle opcji jest i błogosławieństwem, i przekleństwem. Jest też pewnie w wielu wypadkach przyczyną konfliktów pokoleniowych – nasi rodzice w dużej mierze nie podejmowali decyzji. Wybór był taki, jaki mógł być, warunkowamy przez środowisko i ustrój, dyktowany przez innych. My, dzieci przełomu wieków, siłą rzeczy stawiamy  czoła innym problemom.

A moze tylko nam się tak wydaje? Może tak naprawdę jesteśmy w analogicznej sytuacji, tylko zamiast być więźniem społecznych konwenansów w imię tradycji, staliśmy się więźniami tych samych ograniczeń w myśl samorowzoju, kultury sukcesu i hiperefektywności? Nie jesz sushi kilka razy w tygodniu, Twoja niunia to raczej Zara niż Michael Kors, a Ty jeszcze nie byłeś na Dominikanie (i nie wrzuciłeś swojego oplaonego fit ciała na Insta)? Nie nazywaj się człowiekiem sukcesu. Alternatywna rzeczywistosć rysuje nam berety nie od dziś i trzeba sporej dozy racjonalności, żeby zostawiać ją za sobą bez żalu.

via Tumblr

Mądre wybory to jedna z najtrudniejszych umiejętności i wierzę w to, że dojrzałość do nich przychodzi z czasem. Nie martw się więc, drogi rówieśniku, jeśli czegoś po prostu nie wiesz i zwyczajnie nie potrafisz się zdecydować na jedną z opcji, którą podsuwa Ci codzienność. Może wcale teraz nie powinieneś podejmować tej decyzji. Daj sobie czas. Serio, jak banalnie by to nie brzmiało, nie musisz nikogo zadowalać  wbrew sobie – niezależnie od tego, czy to chmara follwersów, czy babcia pytająca setny raz kiedy się wreszcie ustatkujesz. Może nigdy,  a moze w tym roku – niech to zależy tylko od Ciebie.

co mówi ciało

Aga: właśnie kończy się jeden z gorszych (fizycznie) tygodni tego roku, kiedy mój organizm codziennie mi krzyczał w twarz ‘daj odpocząć’, raz głośniej, gdy mdlałam w autobusie, a raz ciszej, gdy rano wychodzenie z łóżka zajmowało mi 45 minut. Teraz kończę wpis z pozycji horyzontalnej i zbieram sobie zapiski z całego tygodnia i tak sobie myślę, że nauka stawiania w życiu hasztaga #mamwyjebane, to jedna z trudniejszych lekcji, które przyszło mi zaliczyć, ale jestem już teraz w naprawdę dobrym miejscu. I wcale nie chodzi o to, że mam GRZESZNIE wygodną kanapę i kradzione konto na netflixie i sobie właśnie z nich korzystam.

Chodzi mi o to, że jeszcze pół roku temu moje zmęczenie nie byłoby powodem, dla którego odpuściłabym zaplanowany trening, bo: dupa sama się nie zrobi i moje ciało może więcej niż podpowiada mi mój umysł. Potrafiłam robić trening z gorączką, trening dwa razy dziennie, zrywać się po 5 godzinach snu po to tylko, żeby zdążyć na crossa lub swoje cardio. I czułam, że tak trzeba, w końcu moje bardzo nieperfekcyjne ciało nie wymaga nawet grama szacunku, więc mogę jeszcze zrobić to jedno burpee, why not.

Nie chcę tu popadać w skrajności, bo ćwiczenie swojego ciała jest dobre, nawet bardzo, nie tylko dla jego wyglądu, ale przede wszystkim dla naszej psychiki. Ale (i tu użyję ostatnio mojego ulubionego sformułowania): SZANUJMY SIĘ. I słuchajmy tego, co nam organizm mówi.

Ja zaczęłam się tego uczyć w momencie, gdy podjęłam decyzję o wywróceniu swojego życia o 180 stopni, te pół roku temu. Było ciężko, bo do zjazdów psychicznych doszła mi dużo ilość pracy i kurcząca się doba. Któregoś ranka, gdy zadzwoniły moje dzwoneczki wieszczące przygotowania do porannego treningu, pomyślałam, że nie dam rady i że nienawidzę siłowni. Nie poszłam. I tak przez kolejne trzy czy cztery tygodnie – nie robiłam nic. Było mi cudownie, zaczęłam znajdować czas na czytanie, filmy, zakupy, rozmowę z ludźmi. Paradoksalnie, bez tych ciężkich treningów udało mi się schudnąć parę kilo, bo zaczęłam bardziej myśleć o tym, co jem i że jedzenie może po prostu smakować i jest czymś więcej niż wartością kaloryczną. No i odinstalowałam myfitnesspal. Wywaliłam 50 profili fitdzid z instagrama, zostawiłam profile 2 trenerów, których naprawdę szanuję, no i theclassyissue, bo jestem wielką fanką kobiecego piękna, nawet w tym lekko szowinistycznym wydaniu (kto nie lubi patrzeć na te piękne pupy). Zaczęłam jeszcze więcej czytać o ayurvedzie i medycynie chińskiej, żeby pomóc sobie normalnie funkcjonować. Poszłam na jogę i chciałabym mieć więcej czasu, żeby chodzić na nią codziennie, bo to robi mi lepiej z głową i ciałem niż pobyt w SPA.

00e36707dff5492f4ed43dc200d35303--change-time-chasing-life

via pinterest.com

Bardzo by mi zależało, żeby tym wpisem przypomnieć o tym, że nasz organizm to mądry mechanizm i bardzo dobrze radzi sobie z komunikowaniem, gdy jest mu źle. Daj Bóg, żeby ludzie umieli się tak komunikować między sobą. Naucz się słuchać swojego ciała i znaleźć miejsce, w którym to ciało się najlepiej rozwija – siłka, joga, taniec, whatever. A dziś, zanim zaczniesz szukać tego miejsca, po prostu się cudnie wyśpij. Na wyspaniu lepiej znosi się ludzi w poniedziałek, potwierdzona praktyka.

marketing agresywnie kreatywny

Ewelina:  Nie sądziłam, że jedno z moich ostatnich wyjsć do osiedlowego spożywczaka będzie miało takie konsekwencje. Stojąc grzecznie w kolejce między matką z dzieckiem, a zziajanym biegaczem (Las Kabacki here) zaczęłam przyglądać się wyłożonym dobrom, gdy mój wzrok przykuła umiejętnie oświetlona lodówka z wędlinami. Boczki, polędwice i kiełbaski prężyły swoje mięsne wdzięki przed klientami, kusząc ich soczystością i obfitymi kształtami. Ponieważ jestem mięsożercą level hard (w przeciwieństwie do Agi), a jajecznica bez szynki to jak impreza bez alkoholu, moje ślinianki bezwiednie zaczęły pracować wpływając na zdolności trzeźwego podejmowania decyzji. I już miałam prosić miłą panią po drugiej stronie lady o ukrojenie dwudziestu deko jednej z pięknych wędlinek, kiedy spojrzałam na jej nazwę.

S Z Y N K A  J A K  Z A  G I E R K A

Co k**wa? Jak za Gierka? Rozejrzałam się dookoła, ale nie, zakrzywienie czasoprzestrzenne nie przeniosło mnie do PSS Społem w zabitej dechami dziurze na Lubelszczyźnie lat 80. Nadal stałam w klasycznym, lokalnym sklepie na jednym z większych osiedli stolicy. Spojrzałam na leżące obok pęta kiełbasy. Ale moi mili, to nie była zwykła swojska czy wiejska. O nie! Polska myśl marketingu wędliniarskiego nawiązała sprytnie do podłużnego kształtu i tak powstała KIEŁBASA PALCÓWKA. No i wyobraźcie sobie teraz taką scenę, kiedy jesteście zmuszeni poprosić znudzoną Grażynkę z fioletową trwałą za ladą o porcję palcówki. Z zażenowania nawet teraz mam ochotę przejść się po pokoju.

Ostatecznie, zniesmaczona, nie kupiłam nic, jednak moja ciekawość została rozbudzona. Jak wiele dziwnych nazw wędlin czeka na nas w sklepach? Ilu ludzi codziennie z maksymalnym poczuciem zażenowania prosi w mięsnym o palcówkę? Postanowiłam zrobić chałupnicze badanie rynku żeby sprawdzić, czy te dziwne trendy w nazewnictwie wędlin to wyjątki, czy może reguła i ustaliłam, co następuje:

  1. Szynka dziadunia/babuni/ wstaw inne zdrobnienie, którego nikt przy zdrowych zmysłach nie używa na codzień/ występuje praktycznie w każdym mięsnym. Najwidoczniej Polacy chcą wierzyć, że to nie wielka maszyna malowała ich szynkę mazią tak, żeby przypominała wędzoną, a rzeczony dziadunio, w komórce na swej malowniczej wsi, osobiście smolił ją dymem z gałęzi świerków. W ogóle nostalgia jest w narodzie silna. Zwykły baleron jest zdecydowanie passé, polecam nabyć raczej BALERONIK Z TAMTYCH LAT.
  2. Z jednej strony mamy silne nawiązanie do tradycji, a z drugiej idziemy z duchem czasu i równouprawnienia. RODZINNE PARÓWKI TĘCZOWE to jawne zaprzeczenie konserwatywnych tendencji społecznych!
  3. Lubimy otaczać się dobrami luksusowymi, a przynajmniej do takich aspirującymi. Zwykły pasztet z królika to raczej dla sąsiada w jego passacie TDI, Ty pozwól sobie na odrobinę ekstrawagancji i zainwestuj w PASZTET MISTRZA ANDRZEJA. Towarzyski sukces na imieninach gwarantowany.
  4. Jeśli Twój budżet nie pozwala na pasztet, zawsze możesz uderzyć w mielonki i poczuć się jak król. MIELONKA DWORSKA to tylko 12 złotych za kilogram i 25% mięsa.
  5. Masz dzieci? Nie ma problemu. Kup im DROBISIE DROBISIOWE PARÓWECZKI Z KURCZĄT, starając sie przy okazji nie zwymiotować od ilości zdrobnień. Niegrzeczne bachory możesz postraszyć kabanoskami drobiowymi GRYZZALE, które są pełne azotynów niczym grizzly żądzy krwi.
  6. Chcesz wyjechać za granicę, ale stać Cię tylko na bilet autobusowy i „coś do chleba”? Parówki MEDIOLANKI pozwolą Ci poczuć włoski klimat, a CARSKI BOCZEK przywiedzie na myśl chłodny, moskiewski wieczór przy wódeczce.

Chciałabym wiedzieć, co biorą osoby wymyślające nazwy wędlin i w którym przełomowym  momencie odeszliśmy od klasycznej sopockiej i żywieckiej do tej mięsnej ekwilibrystyki.  Będę kontynuować swoje badania podczas zakupów spożywyczych, a ponieważ za pasem Mikołajki i święta, polecam Wam zakup zestawu prezentowego pełnego, a jakże, wyrobów wędliniarskich. Ho, ho, ho, miłego grudnia!

 

pieczenie napoleonka jak brodzenie w śniegu

Aga: kiedyś lubiłam gotować i piec chlebki bananowe dla innych, powyrywać przepisy z gazet, odkrywać jadłonomię. Warszawa ma taki mikroklimat, że doba tu trwa jakieś dwanaście godzin, a tu jeszcze trzeba by było zrobić jakiś kurs, nauczyć się języka, zbawić świat, więc gotowanie zsunęło mi się w priorytetach po przeprowadzce tu.

Faktem jest też to, że wśród przypraw, przepisów i wrzenia za bardzo nie śmigam, a pad thai wychodzi mi lepiej niż rosół. No i moja obecność w kuchni zwykle kończy się spalonym garnkiem, przesoloną wodą i innymi ciężkimi grzechami przeciw filozofii Julii Child.

Tak też było i tym razem, kiedy w piękne, niedzielne przedpołudnie postanowiłam upiec napoleonka dla jednej bardzo ważnej osoby ze słodkim zębem. Nie wiem, co tam moja koleżanka z Radomia rozumie pod nazwą „napoleonek” ani Wy, czytający z różnych zakątków naszej ojczyzny, ale dla mnie napoleonek to ciasto-DUŻOMASYBUDYNIOWEJ-ciasto. Chociaż to, co wyszło z tego pieczenia to napoleonek w pierwszym stadium anoreksji, a wszystko dlatego, że nie zastosowałam tych kilku zasad, które wymienię poniżej.

Pieczenie tego placka przeżywałam bardzo intensywnie kilka dni, przechodząc przez hamletowskie rozterki i ciężkie załamanie swoim antytalentem kulinarnym. Przeczytałam sto przepisów, próbując znaleźć ten, o którym mówiła przez telefon mama, że no nawet mi musi wyjść. Nie znalazłam, więc przed podjęciem się pieczenia podłączyłam zestaw słuchawkowy żeby być z nią na łączach w tych trudnych chwilach. Jakie wnioski wysunęłam po 4-godzinnym pieczeniu?

  • przed podjęciem się gotowania warto wypić lampkę (tu do wyboru, ale między 10%  a 80%), a drugą w trakcie. Po skończeniu gotowania, trzeba dokończyć również butelkę
  • należy dokładnie zapoznać się z przepisem
  • nie można wykonywać dwóch dań jednocześnie, bo może to grozić spaleniem miksera
  • trzeba zaopatrzyć się w ubijaczkę lub mieszadełko lub niewiemdokońcajaksięnazywatenprzyrząd, bo łyżką masy nie wymieszasz
  • warto kupić na zapas kilka ciast francuskich – może zdarzyć się, że jedno wypadnie Ci z rąk, a okruszki wpadną między szyby piekarnika (patrz zdjęcie poniżej)
  • koniecznie zaopatrzyć mamę w relanium i zrozumieć, że ktoś, kogo dania powinny dostawać gwiazdki Michelin może mieć trudności z pojęciem kogoś, komu wychodzą tylko sałatki-śmieci (czyt. sałatki z tego, co zostało w lodówce i na półkach)

Po zastosowaniu tych zasad zaistnieje bardzo duże prawdopodobieństwo zwycięstwa i zasłodzenia osobnika, który sobie ten placek ukroi. No ale nie samą solą ziemi człowiek żyje.

Najważniejsza rada: znajdź godzinę w tygodniu na przygotowanie czegoś dla kogoś, prosto z serducha. Poważnie jest to super sprawa!

I zdjęcia do pośmieszkowania:

IMG_3460

IMG_3462

IMG_3464

telefon off

Aga: blog ma być raczej wygodną kanapą, ale będzie dziś trochę o tym, jak z tej osławionej strefy komfortu ostatnio powychodziłam (i to bardzo z premedytacją) po to, żeby ją sobie ułożyć.

Rok 2017 miał być dla mnie już ostatecznym zakończeniem 7 chudych (dosłownie) lat, bez żadnych postanowień i z wyczyszczoną myślodsiewnią. Już styczeń pokazał, że nie ma co się nastawiać, więc kiedy Gosia napisała do mnie o podróży w góry Ałtaju, trzeba mi było dokładnie 10 minut na podjęcie decyzji, że lecimy na Syberię.

Na wiosnę kupiłyśmy pierwsze bilety do Moskwy, a na miesiąc przed wyjazdem (tak robią dorośli ludzie, potwierdzone info) do Nowosybirska. Na trzy dni przed wyjazdem kupiłam sobie buty do chodzenia po górach, a z tyłu głowy byłam pewna, że lecę na lekkie progulki po łączkach. Program wyjazdu przeczytałyśmy w oczekiwaniu na opóźniony lot do Moskwy, a mój matematyczny umysł wyliczył, że dziennie nie zrobimy więcej niż 10km.

Wychodzenie ze strefy komfortu zaliczyłam już pierwszej nocy w Moskwie, gdy nie chcieli nas wpuścić do hostelu, a potem to już było w zasadzie normą – przekraczanie kolejnych linii rysowanych przez moją chorą głowę, przez które przechodziłam – czasem na drżących nogach, a czasem na pełnej albo, jak na zdjęciu poniżej, z mini atakami braku tchu.

21150122_1660723110654073_9010503516297178598_n

Pamiętam najbardziej jednak to, że po pierwszym górskim marszu i skakaniu jak kózka po ruszających się kamieniach pomyślałam sobie to, co zawsze chciałam pomyśleć: feelin’ blessed. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo na co dzień brakuje mi świeżego powietrza i natury.  I mimo, że kocham Warszawę, to wychowałam się przecież na półwsi i łąkach całych w rumianki, na długich spacerach (teraz jest czas na pytanie: kiedy ostatni raz byłeś na spacerze dłuższym niż droga na przystanek?). No i tak naprawdę przecież wszyscy z tej natury wyszliśmy, nawet urodzeni na ursynowskich blokowiskach.

I oto sobie stałam w tych górach ja: często przemoknięta, ze spalonym butem, jedząca snickersa pierwszy raz od kilku dobrych lat i wiedziałam już, że wygodnie to ja w życiu muszę mieć, ale w swojej głowie. Dlatego może tak łatwo udało mi się podjąć decyzje, których tak się bałam przez ostatni czas i wylądować w Warszawie z wyczyszczoną głową i otwartym sercem.

21150306_1659181494141568_6756237045445521869_n

Dwa tygodnie w Rosji na tęsknocie, w namiocie, w bani i bez grzańca to trochę za długo, szczególnie dla osoby z krwi i tłuszczyku europejskiego, ale poważnie – wracajcie czasem do natury i bez telefonu, bo w tym codziennym marszobiegu za zieloną marchewką, atakowani przez milion bodźców, wykończymy się sami i nie trzeba będzie do tego żadnego oszołoma z bombką.

Rapsy

Ewelina:  Z Agą, oprócz względów oczywistych (to samo miejsce roboty), połączyły nas polskie rapsy. Kiedy polubiła udostępniony przeze mnie na Facebook’u któryś z numerów Rasmentalism wiedziałam, że oto na przeciwko mnie, w dusznym biurze w śródmieściu, siedzi pokrewna dusza. Od rapsów zaczął się też ten blog. Wyznawana przez chłopaków z Rasmentalism filozofia dobrej muzyki i ładnego życia jest nam obu bardziej niż bliska.

Trochę z zaskoczeniem obserwuje gwałtowny rozwój tej kultury, ale też cieszę się, ze słuchanie hip hopu nie szufladkuje Cię dzisiaj w gronie średnioprzyjaznej ekipy osiedlowych blokersów. Urodziłam się na tyle wcześnie, że pamiętam uprzedzenie z jakim społeczeństwo spoglądało na chłopaków w dresach puszczających wieczorami WWO, jednocześnie śliniąc się z zachwytu do prostych rymów o aniołach granych w zapętleniu na Vivie. Nie mogę powiedzieć, ze hip-hop mnie wychował; odkryłam go naprawdę już jako prawie dorosła osoba. Gdzieś w klasie maturalnej, chyba ze względu na jedną z moich nastoletnich miłości, odpaliłam Mesa i w zasadzie przepadłam. Ja, miłośniczka błyskotliwej poezji Szymborskiej, znalazłam w tekstach to, co tak jarało mnie w wierszach – przekaz. Czasem głęboki, czasem nawiązujący wprost do niewyszukanej zabawy, ale zwykle trafny; po prostu w punkt. Im więcej słuchałam, tym bardziej się identyfikowałam. Odkryłam, jaką frajdę daje odnajdywanie siebie i swoich problemów w tekstach chłopaków po drugiej stronie słuchawek, którzy nie pozują na rap-gwiazdy zastanawiające się czy wciągać koks, czy klepać laski po tyłkach. Fantastyczne jest to, że w hip-hopie każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie od tego czy woli intelektualne wygibasy (polecam Łonę), czy szuka raczej ścieżki dźwiękowej do czilu przy piwku (Kuba Knap zda egzamin).  Oczywiście, żadnego z artystów nie da się tak naprawdę zaszufladkować w konkretne kategorie, ale też nie o to chodzi. To właśnie różnorodność, którą sobą reprezentują daje możliwości żeby znaleźć coś dla siebie.

Hip hop, odkąd zaprzyjaźniłam się z nim na serio, towarzyszy mi w zasadzie zawsze i każdy z ważniejszych momentów mojego życia ma jakąś ścieżkę dźwiękową. Niezdany po raz piąty egzamin z prawa handlowego i nabotoksowana twarz profesora K. już zawsze będą brzmieć w rytm „K.” Rasmentalism i wersu Rasa o tym, ze robiąc coś, czego nienawidzisz sam skazujesz się na zaprzepaszczenie swoich marzeń. Zaowocowało to zresztą dramatyczną zmianą w moim życiu i decyzją o wyjeździe z miasta, które jest dla mnie prawdziwym domem. Szalone imprezy w najdłuższe wakacje życie brzmią mi jak „Jak to?” Mesa, a Małpa z Pezetem i Małolatem stawiają mi przed oczami twarz najlepszego kumpla. I jasne, w ten sposób może zadziałać każdy gatunek muzyki ale na mnie, wyjątkowo silnie identyfikującą się ze słowem, hip hop działa najmocniej i polecam go wszystkim mi podobnym.

Jako dziecko wychowane na programach Gośki Halber i zagranicznym MTV z kablówki mam w sobie sentyment do bujnego przełomu wieków i z lekkim wstydem przynaję, że znam na pamięć tekst „Suczek”. To pewnie nostalgia, ale wydaje mi się, że to jednak nadal bardziej wartościowe niż wryty w mózg kolejny wers o tej samej niespełnionej miłości, którejś z popularnych piosenkarek. Liber przynajmniej nauczył mnie przeklinać po niemiecku.

23600830_2146952621997416_1576047851_o.jpg

Continue reading