#miastomoje: Radom

e: z bólem serca przyznaję, że ulegam czasem zbiorowej histerii. Myślę Radom i widzę tę nieszczęsną chytrą babę, lotnisko-widmo i trzydzieści cztery komisy na wlocie od strony stolicy. Widzę słupki bezrobocia wysokie jak Nanga Parbat i możliwości szerokie i zachęcające, jak ramówka TVP Info. Klasyk powiedziałby, że na rejonie nie jest kolorowo, a jak dodasz do tego postindustrialny krajobraz z setkami JanuszPoli reklamującymi się na każdym słupie – robi się źle. Ciężko uwierzyć, że jakiś niespełna rozumu wędrowiec stanął kiedyś na górce Piotrówce i powiedział legendarne „rad dom bym był swój tu uczynić”.

Radom,_Dom_Handlowy_Sezam_-_fotopolska.eu_(305862)

Nie piszę tego tekstu, żeby Radom odczarować. Wiem, że wszystkich i tak nie przekonam, a i wizy (jeszcze) nie potrzeba, żeby zobaczyć na własne oczy, że nie jest tu tak do dupy. To miasto, jak każde inne, trochę smutne i brudne, ale dla mnie rodzinne, więc ważne na maksa. Wychowywanie się w Radomiu lat 90. to kompleks Warszawy, wojenki z Kielcami i targ na Korei, gdzie mama kupowała mi podróby superstarów i pierwszy stanik. To trudne dojrzewanie z paskudnymi szpitalami, pierwsze wagary na stadionie Startu (Chryste, chyba nic już nigdy w życiu nie przebije tego dreszczyku emocji!) i zapiekanki z często zjełczałym serem naprzeciwko kina Atlantic na Moniuszki. W Radomiu zawsze byłam częścią miasta, które pretendowało do bycia metropolią z wielkimi ambicjami, a ja wierzę w to, że miasta mają swoje cechy charakteru i zostawiają w nas trwałe ślady. Radomski przerost ambicji mam w sobie do dziś i chociaż z tym walczę, ciągle zdarza mi się brać z życiem za bary, tylko po to, żeby pokazać, że dam radę. Zupełnie, jak moje miasto, które buduje lotnisko, żeby pokazać innym miastom, jakie jest zajebiste.

Z Radomia są moje ważne wspomnienia, moje wieloletnie przyjaźnie, moja pasja do fotografii spod znaku grona i digarta, moja harcerska przeszłość i rajdy w lasach pod Pionkami. Po radomsku mówię „wchódź”, jem gryzkę, jajka trzymam w matlesach a do wódki używam przepoi. I wcale się tego nie wstydzę. Na kultowych fontannach opalałam się nieraz, urywając się z lekcji, a Reddsa bez dowodu sprzedawał nam o 9 rano miły pan w nieistniejącej już Casablance. Liceum w centrum miasta to była okazja do zaznania miejskiego folkloru; w czasach przed smartfonami kuliliśmy się za bramami, kurząc nielegalnie mentolowe marlboro sprzedawane na sztuki w kiosku naprzeciwko szkoły. Oczywiste było to, że zaraz po maturze wszyscy stąd znikniemy w Warszawach, Krakowach i Lublinach, niosąc tę radomską ambicję dalej w świat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Nie wiem, czy wrócimy, ale miło patrzy się na zalane ludźmi Żeromskiego i tętniące życiem knajpy. Radom to nie było miasto mojej szansy, nie identyfikowałam się z nim zbyt mocno, jednak myślę, że może być takim dla innych. I mentalność chyba też już jest trochę inna, bo coraz częściej ktoś uprzejmie przepuszcza mnie na drodze, zamiast złośliwie ją zajeżdżać. No chyba, że akurat jest piątek wieczór i lokalsi z wiosek zajeżdżają pod Explosion, sprytnie ulokowane w budynku hal mięsnych (świnki już tam są!). Radomskie kontrasty uodparniają Cię na dziwność świata i wyostrzają wyobraźnię, za co jestem wdzięczna i na co teraz patrzę z rosnącym szacunkiem.  I chętnie wypiję za to na kolejnym spotkaniu z moją radomską ferajną, celebrując te słodkie powroty, których wartość zrozumie tylko inny słoik.

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s