#miastomoje: Lublin

e: warszawska nadwyżka bodźców nie zdołała jeszcze zalepić w moim sercu dziury po Lublinie. Wyjeżdżając na studia na ten dziki wschód nie sądziłam, że wrosnę w niego jak Ras, a wyjazd będzie tak trudny, jak żegnanie się z najlepszym przyjacielem. Powiesz pewnie, nic zachwycającego, trochę drzew, ulic, bloków z wczesnego Gierka i rosyjski słyszany częściej niż gdziekolwiek w Polsce. A dla mnie Lublin to taka ilość emocji i wspomnień, że nawet teraz wzruszam się kretyńsko widząc ujęcia z wąskich, staromiejskich uliczek i szerokich ścieżek wzdłuż wąwozu. Po części wiem, że to nie o same mury chodzi – te są przecież zbliżone do siebie na całym świecie, a jednak jakiś Stasiukowy czar lubelski tkwi w nich jak zadra.

Pamiętam ciepły październik 2011 i kupione u kultowego szwagra na miasteczku „Sandomierskie Jabłuszko”. Agusia potwierdzi zapewne, że wino z Sandomierza klepie najbardziej i bezpardonowo uderza do głowy. Pite szybko na murku przy AOSie, z ludźmi poznanymi dopiero co na tym nowym, ekscytującym etapie smakowało dużo lepiej niż dziesięć razy droższe, izraelskie cabernet sauvignon kilka stabilnych lat później. Nie wiem, czy to pół dekady studiów zaburzyło mój zmysł sommeliera, czy po prostu już nigdy nie poczuję takiego smaku beztroski.

Myślę Lublin i widzę szpalery drzew na LSMie i obdrapane place zabaw obstawione przez tych, których dzisiaj nazwałbyś pokoleniem 500+. Widzę Panią Wiolę w Żabce na przeciwko, która stresuje się, bo nie poszło jej kolejne przesłuchanie do jakiejś osiedlowej sztuki. Słyszę starsze panie pod blokiem, które nie przebierając w słowach po niedzielnej porannej mszy nie mogą pogodzić się z faktem, że pod 5. zamieszkuje lokalna ladacznica, a ja wiem, że to po prostu samotna matka z dzieckiem. W mojej głowie idę zamarzniętym Krakowskim Przedmieściem, mijam nieśmiertelny, wielki sękacz na wystawie cukierni i z każdym rokiem coraz bardziej opuszczony Sezam. Kolejny rok z rzędu wkurzam się na niedokończoną kładkę koło UMCSu i nerwowym krokiem zmierzam na jeden z nudnych wykładów. Późną wiosną palę grilla pod Burżujem, a na studzience kanalizacyjnej koło Orlenu, tuż za klinikami weterynaryjnymi, piję z bliskimi mi ludźmi poimprezowe piwo, którego rano będę bardzo żałować. Jutro pójdę na kolejny, juwenaliowy koncert, wyskaczę kaca na Hey i Lady Pank, a w poniedziałek zaśpię na postępowanie cywilne o 17:30.

Lublin to studenckie imprezy, improwizowane karaoke, kraty browarów i białe noce zarwane do, jak zwykle, niespodziewanej sesji. To jakieś dziwne bułki-parówki, ruskie papierosy na sztuki i rodziny z brejdakami. To też otwarci ludzie wschodu, który chyba tutaj ma właśnie swój przedsionek – czujesz to w tej ledwo widocznej wielokulturowości, gdzie polski do cna cebularz, spotyka żydowskie gęsie pipki i kebaba u Mustafy. Charakter tego miasta jest w jego zniszczonych kamienicach, rozłożystych, komunistycznych osiedlach i szemrzących, choć lekko brudnawych, wodach Bystrzycy. To miasto-paradoks, do którego sto tysięcy młodych przyjeżdża co roku szukać szczęścia i powodzenia na rozlicznych uczelniach, i z którego co roku prawie tyle samo młodych i rozczarowanych uderza na zachód, posiłkując się ledwo zdobytym dyplomem i żywiąc niespełnioną ambicją. Sama z niego uciekłam z wielkim bólem i rozgoryczeniem, bo nocne spacery z małpką w coli po uśpionym Narutowicza i cichym Chopina otworzyły mnie na poznawanie miasta jak nic innego; to chyba dzięki nim potrafię dzisiaj z taką łatwością chłonąć klimat dalekich aglomeracji

Zrzut ekranu 2018-09-18 o 22.52.46.png

Ślad, jaki we mnie Lublin zostawił to z jednej strony pamięć pierwszej prawdziwej przeprowadzki, z drugiej sieć przyjaźni, którą się szczelnie oplotłam, a z trzeciej ten nieuchwytny duch wschodnich, małych miasteczek, które zdarzało mi się potem odnajdywać w miejscowościach południowego Podlasia.  Gdziekolwiek jestem na świecie, nigdzie już pewnie nie odnajdę spokoju ducha, jakie przez pięć lat dawało mi kroczenie lubelskimi szlakami. Wtedy wydawało mi się, że to moje miejsce na Ziemi, dzisiaj wiem, że takich miejsc jest wiele i tylko od nas zależy, czy potraktujemy je jak „swoje”.

Między autostradą a Big Milkiem

Zastanawialiście się kiedyś, kiedy osiągacie ten stan jak z reklamy Big Milka – zapadanie się w miękką chmurkę? Co do tego doprowadza – ludzie, sytuacje, dobra carbonara?

U mnie to jest moment, kiedy się budzę, a moja głowa nie wjeżdża jeszcze na A4.

Kiedy jeszcze nie zdążę pomyśleć, ile rzeczy mam do zrobienia, startupów do wymyślenia i w którą stronę pokierować swoją karierę. Kiedy słońce próbuje wejść przez ciężkie zasłony do nowego domu. Kiedy patrzę na lewo i przez tą krótką chwilę nic nie może się stać, tak naprawdę. To jest moja błogość – krótka, kilkusekundowa chwila każdego dnia. I nic już tak dawno mnie nie ucieszyło, jak to, że odkryłam, że ją mam.

To jest dobre ćwiczenie, takie na teraz i kolejne dni – poobserwowanie siebie i łączenie ze sobą kropek, żeby zbudować obraz swojego błogostanu. Zróbcie je na sobie. Będzie lżej.

Playlista na życiowy smutek, c. 1

Ten post miał zamiast smutku w tytule mieć depresję, ale pomyślałam sobie, że ktoś chorujący na depresję mógłby tu wejść i mieć akurat gorszy dzień, bez przyzwolenia na sarkazm. Stąd – smutek, nasz wierny przyjaciel, smutne piosenki i smutne rapsy. Czasem chyba tak każdy ma, nie tylko ci nienormalni introwertycy z jedną i tą samą miną przez całe życie, ale i wszyscy ekstrawertycy i ci, którzy pomiędzy. Taki dzień albo chwilę (albo życie) na bycie blue. I wtedy spokojnie możecie sobie stworzyć playlistę taką o:

Kult – Nie dorosłem do swych lat

Jest to tzw. klasyka. Ogólnie płyty Tata Kazika i Tata 2 można by tu wrzucić w całości, tak myślę, ale ta jedna to szczególnie – no bo kto dorósł do tej całej odpowiedzialności, kredytu, szukania pracy, zrozumienia, jak się oblicza dochodowy. A fragment: Nauczyłem w życiu się/ Paru rzeczy – wszystkich źle powinni dodawać w dziekanacie do dyplomu magisterskiego, bo chyba nic nie lepiej nie opisuje sytuacji, w której znajduje się człowiek szukający pierwszej pracy po studiach.

SDM – Z nim będziesz szczęśliwsza

Wjeżdża przy rozstaniach jak złoto! Zawsze. Potem wiadomo, już po zjedzeniu tych lodów z popcornem, nadchodzi czas na Beyonce i all the single ladies (gents) put your hands up i o-o-oo-ooo-o. I poważnie – jest pięknie smutna po prostu.

Wild World – ale tylko ze Skinsów:

W Skinsach generalnie dzieją się same smutne rzeczy w długich, smutnych kadrach. Ale! Jest i ta piosenka-perełka, którą sobie włączam za każdym razem, gdy po przejrzeniu feedu chcę zwątpić w ludzkość i dobre serca, gdy słyszę po 12345, że „trawę to krowy jedzą, bez mięsa nie da się żyć” albo obserwuję, jak ster na zysk niszczy relacje międzyludzkie.

Radiohead – Creep

Każda z osób o poczuciu własnej wartości rozwiniętym na poziomie ameby zna to na pamięć, potwierdzone info.

Cat Power – Fool

W liceum słuchałam tej piosenki jak wariatka, buntując się przeciwko życiowym wyborom, układaniem rentownej ścieżki kariery. I teraz, mając +9 lat różnych doświadczeń, nadal chyba zostaję idealistką, z autorką i wierzę, że w tym wszystkim jednak chodzi o coś więcej niż kasę.

I – wychodząc na przeciwko filozofii chcenia – „why can’t we see our fortunacy, living as legends have lived”?

Myslovitz – Polowanie na wielbłąda

Ta piosenka jest z 2000 roku, czyli minęło 18 lat i chyba nadal trzeba uciekać tam, gdzie inność nie rodzi złości i można kochać kogo się zechce. How sad is that?

Nirvana – Do Re Mi

Smutna playlista bez Kurta się raczej nie liczy, a poza tym ta piosenka to w ogóle chyba ostatnia napisana przez niego przed wejściem do klubu 27. Jakoś nigdy nie byłam wierną fanką muzyki Nirvany, ale mocno wczytywałam się i wsłuchiwałam w wywiady z Kurtem albo o Kurcie, analizując jego życie. I tak mi się wydaje, to „Do Re Mi”, to jest taki akt wołania wish me good/wish me life każdej osoby z problemem. I to też sprawdziłam – czasem naprawdę wystarczy dobre słowo, żeby komuś było lżej.

P.S: KOCHAJMY SMUTNE PIOSENKI, te dobre i piękne.

Jak zmienić świat w 4 krokach?

Obserwując falę pojawienia się ekoświrów na świecie i po odwiedzeniu c-u-d-o-w-n-e-g-o Ecolarium w Danii pomyślałam sobie, że dobrze się dzieje, to prawda, że trzeba o tym mówić, pokazywać. Ale też – że łatwo się zafiskować i przytłoczyć myślą, że to całe eko życie jest bardzo ciężkie i przez to, że sobie z tym nie radzimy, nasze dzieci nigdy nie zobaczą rafy koralowej (to w ogóle jest dobry powód do płaczu, jak się ma PMS, sprawdziłam).

A to nieprawda! Podsyłam wam kilka #smallsteps, które można zacząć stosować w żyćku już teraz-zaraz i dać uśmiechnąć się naszej największej mamuśce Ziemi

1.Weź na zakupy swoją torbę!

To jest takie łatwe, że nie rozumiem w ogóle idei jednorazowych toreb w sklepach, tym bardziej tych plastikowych. Noś jedną torbę zawsze w torebce – zmieści się zapewne obok 3-kilowego portfela, 10-kilowej kosmetyczki, starych skarpetek, nowych skarpetek, papierków po batonikach. Dwie w samochodzie. I już!

2. Nie bierz plastikowych woreczków na owoce/warzywa.

Jasne, czasem zdarza się, że musisz kupić 20 jabłek i ciężko je luzem potem wykładać do kasy. Jeśli zdarzają Ci się takie zakupy – zrób sobie swoje woreczki zero waste, np. ze starych firanek. Albo, jeśli tak jak ja nie za bardzo umiesz w robótki ręczne – wydaj te dwie dychy i kup sobie taki zestawik albo kilka takich za złotych 2.

3. Proś o drinka BEZ SŁOMKI.

Bo po co ci to? A jak musisz, bo inaczej nie potrafisz pić – zainwestuj w metalową/bambusową słomkę i miej ją przy sobie w torebce – np. taką.

3. Kup sobie butlę na wodę.

Ja mam flashkę od Dafi. Wieść niesie, że są teraz na promocji w Rossmanie za dwie dyszki (tutaj, leniuszku). Możesz ją napełniać w sumie każdą wodą z kranu, więc nie dość, że ten twój 3-kilowy portfel cieszy mordkę, to jeszcze ziemia i oceany, które nie są już w stanie przyjąć tych ton plastikowych butelek. Jak się boisz w domu kranówki, to do tego dokup sobie duży filtr do wody i nadal wszyscy się cieszą i cieszyć będą, obiecuję! Jak nie Rossman to idź to TK Maxxa albo na allegro. Albo kup sobie sok w szklanej butelce i napełniaj ją kranówką.

Dodatkowa zaleta – zawsze możesz tam wlać też winko i mieć zawsze przy sobie.

4. Zainstaluj Ecosię

To taka wyszukiwarka, do pobrania jako wtyczka na Google Chrome. Działa prosto – ty wyszukujesz “Sposoby na szybkie schudnięcie”, a Ecosia z pieniążków z kliknięć i reklam z tego wyszukiwania sadzi drzewa w różnych miejscach na świecie. Nie ma aż tak super algorytmu jak google dla naszego kraju i języka, ale działa i pomaga światu przy Twoim zerowym wysiłku.

To chyba nic trudnego, co?

Zdjęcie via: shipreckd.tumblr.com

moi ludzie

e: odkąd mam na głowie więcej niż tylko własne ja zaprzęgnięte w obowiązki,  coraz częściej, jakby na przekór, zastanawiam się nad tym, co jest dla mnie w życiu ważne i na co spożytkować cenny czas, który mi tu na tym ziemskim padołku został przeznaczony. Wiem, że zaczynam z grubej rury, ale jakoś tak nam się blogowo i życiowo układa, że tematy trudne i wymagające przemyśleń, wypływają na wierzch częściej niż 7 rad na piękną pupę. Trochę winię za to zupełnie niepolskie upały, od których Południowcy aż kipią od emocji, a nieprzyzwyczajeni Polacy dostają kociokwiku, a trochę wiem, że czasem trzeba wypluć taki tekst i basta.

Kiedy po 5 latach studiów przeprowadziłam się z sielskiego Lublina do tętniącej Warszawy, pierwszym moim odruchem była organiczna wręcz chęć powrotu na stare śmieci, nawet kosztem tkwienia w znienawidzonym przeze mnie obszarze prawniczego (pół)światka. Siedziałam w pokojomieszkaniu na Kabatach z psem Docentem i wyłam, zrozpaczona i pewna, że tych okropnych studiów nie skończę nigdy, praca jest na chwilę, a stolica to nie miejsce do normalnego funkcjonowania. Osaczona ze wszystkich stron przez oczekiwania innych, czułam się jak TEN biedny prosiak, którego nieudolnie łapali policjanci – niby się im niezdarnie wymykałam, ale w gruncie rzeczy wiedziałam, że wielka siata w postaci dorosłości i tak mnie dopadnie. Pogodzenie się z rzeczywistością i dostrzeżenie jej plusów, wymagało przede wszystkim czasu – wiem, to cliche i plotę pewnie truizmy, ale serio, tak jest i nie ma co z tym dyskutować. Co bardziej mnie w końcu ubodło, to refleksja, że wyjazd z miasta inspiracji był prawdziwym testem na relacje. A za tym zaraz przyszła kolejna myśl, że łączą mnie one z całą masą wartościowych ludzi, których bardzo chcę mieć w tym swoim ziemskim żyćku, a mam je tylko jedno i to ograniczone czasowe, więc jak o nich wszystkich odpowiednio zadbać?! Czy da się w ogóle utrzymywać kontakt z każdym, kogo darzymy serdecznym uczuciem, czy lepiej na samym początku położyć lachę na trudnej, bo nieregularnej relacji i ustrzec się przed smutnymi skutkami jej zaniknięcia, zanim ono w ogóle nastąpi? Nie widząc kogoś na co dzień, nie wiesz przecież tak naprawdę co siedzi mu w głowie, zaczyna Wam brakować wspólnych tematów, bo nie łączy Was już ta dojeżdżająca codzienność, a zdawkowe „co słychać?” na fejsie nie niesie chyba w sobie wystarczającej dozy informacji, którą podświadomie czytasz z mowy ciała…?

Długo zajęło mi zrozumienie, że istnieją relacje, które są tak prawdziwe i szczere, że brak ciągłego kontaktu nie wpłynie na ich jakość, i że nie muszę codziennie nakurwiać wiadomościami na mesendżerze. Mam na tym świecie swoich ludzi (i ave Wam, niestrudzeni słuchacze moich koślawych żartów!), którzy po pół roku ciszy dalej łapią w lot moje skróty myślowe i choćbym stała z rozjebaną furą pod Everestem, to zorganizują transport zastępczy. Mam też ziomków od serca, którzy z inteligencją ostrą jak brzytwa potrafią po kwartale bez spotkania płynnie wrócić do dyskusji światopoglądowej, toczonej kiedyś w asyście wódeczki, w którejś z naszych wynajętych klitek. Moi ludzie pracują, robią kariery, uczą się, podróżują, ale zawsze, choćbyśmy nie widzieli się 10 miesięcy, ze szczerą ciekawością i szacunkiem traktują mnie i siebie nawzajem.

Lekcja, jaką wyciągnęłam po 20 latach budowania świadomych relacji jest przede wszystkim lekcją tego ostatniego. Empatia to mój główny talent według omnibusów z Instytutu Gallupa, więc naturalnie angażuje się mocno w problemy innych i żyje nimi bardziej niż swoimi, co równie często jak wdzięczność samych zainteresowanych, przynosi mi wrogość i odrzucenie. I spoko, to jestem w stanie zrozumieć i zaakceptować – nie każdy oczekuje takiego stopnia poufałości. Jedyne czego absolutnie n i e  z n i e s ę, to brak szacunku. I nieważne, czy nie szanujesz mnie, bliskich sobie osób, moich poglądów czy poglądów innych – jeśli się nawzajem nie będziemy szanować, to zejdziemy na psy i ja w takim świecie żyć nie chcę.

Aga pisała o toksycznych związkach, ja mam gdzieś w głowie toksyczne relacje, które kiedy raz Cię oplotą, zaburzają ostrość widzenia wad we wszystkich ludziach, którzy Cię otaczają. Dbaj więc o tych dobrych, którzy Cię naprawdę rozumieją i nie ulegaj sentymentom. Nawet najdłuższa znajomość na świecie, może okazać się w kluczowym momencie sentymentalnym złudzeniem, więc w chwili zwątpienia, czy warto jednak nakurwiać te wiadomości zadaj sobie pytanie, czy między nami jest rispekt na zawsze i jeśli tak – śmiało, każdy gimbus przecież wie, że nieważne jak i gdzie, ale ważne z kim.

4 sygnały, że trwasz w toksycznym związku

A: Ten wpis pewnie tworzył się jakieś 3 lata, w mojej głowie.  Ostatnio przeczytałam artykuł w g’rlsRoom o rytuale przejścia, o fazie wychodzenia, adaptacji i wchodzenia w nowe i że trzeba dać sobie ten luz w głowie na to, że to wszystko tyle trwa. I ty też sobie daj.

Żeby nie budować niepotrzebnego tragizmu, włącz do tego tryb #sarkazm, bo ten tryb, wyuczony w domu, obracający życie w angielski dowcip, dał szansę na ogarnianie tego syfu, w który czasem (często) się wpada. Jeśli w Twoim życiu zadzieją się podobne rzeczy z listy poniżej – pamiętaj, że żyjesz i tworzysz toksyczną relację (tak, tworzą je dwie osoby, nie obrażaj się) i trzeba uciekać.

  1. Rezerwujesz miejsce w trekkingu po Ałtaju na Syberii

A na decyzję poświęcasz 5 minut, nie więcej. Zasypiasz z myślą o szlakach, jakby miały uzdrowić Ciebie, ten świat i ziomka śpiącego obok. To jest ten moment, w którym łatwiej ci podjąć decyzję o wyjeździe na Sybir niż o rozstaniu. W zasadzie każdą inną łatwiej Ci podjąć, a perspektywa 2 tygodni na końcu świata wygląda lepiej niż perspektywa bycia samej, poobijanej.

  1. Zaczynasz wierzyć, że zdrady są okej

Znasz większość artykułów i pozycji naukowych o tym, że człowiek nie jest stworzony do monogamii. Że w zasadzie no czym jest ta zdrada, już bez przesady, ludzie są słabi (ja to słabo znoszę). A ty jesteś taka super, dajesz sobie z tym radę, może nawet tolerujesz (chuj, że poświęcając przy tym siebie), jesteś chodzącym XXI wiekiem, oazą nowoczesnego podejścia do związku, odpuszczenie win.

A potem patrzysz  lustro i sobie myślisz, że w zasadzie też byś siebie samą zdradziła, bo w końcu ze wszystkich czynności wykonywanych każdego dnia dobrze wychodzi Ci tylko dojazd do pracy – zawsze jesteś wcześniej i po drodze zdążysz kupić zdrowy batonik, który i tak pójdzie Ci w uda, bo tylko tym dziewczynom, z którymi on Cię zdradza idzie w cycki. Kupujesz naklejkę na tablicę rejestracyjną „Shit happens” i pchasz to dalej, w końcu lepiej tak niż samej.

  1. Twój mózg ma demencję

Zapominasz o wszystkim, bo dzielisz myślenie na to, co musisz zrobić i czy czasem on teraz nie poznaje miłości życia. W zasadzie dla wszystkich byłoby lepiej, jakby poznał, ale teraz myślisz tylko o tych kilogramach, które musisz zrzucić, językach, które musisz się nauczyć, fryzjerach, którzy muszą doprowadzić cię do porządku. Jesteś zmęczona i wylatują Ci z głowy różne rzeczy, bo koncentracja 24 na dobę, żeby wszystko było z tobą okej, żeby dać maksimum z siebie światu i jemu trochę męczy, nie powiem.

  1. Zostajesz mistrzem czytania w myślach

Może czasem to dobrze, umieć czytać z mimiki, gestów, słów. W tym całym zafiksowaniu na kłamstwach (i Twoich i jego), Twoje trzecie oko szuka tylko prawdy, a dwoje normalnych świdruje telefony i laptopa. To doprowadza do paranoi, w której nie wiesz już czy to co jest przed Tobą ma wymiar rzeczywisty i gdy on Ci mówi, że to był tylko zakład – wierzysz, chyba. Masz tę resztkę inteligencji emocjonalnej, która podpowiada Ci, że to bullshit, a z drugiej strony – naiwność, że no jak ten człowiek mógłby Ci to zrobić. Może.

Jeśli już wiesz, że coś tam poszło w tym związku nie tak – tulę Cię do piersi*, żeby z tego kroku zrobić kolejny i spakować swoje rzeczy, przestać wybaczać i dawać się upokarzać – swoim zachowaniem, które nie jest w zasadzie Twoje i jego czynami.

Wychodzenie z błędnie rozumianych definicji, z upokorzenia, boli najbardziej i długo trwa – jeszcze trochę poprzepraszasz świat za ataki terrorystyczne, że nie ma chleba w domu i że zobaczyłaś zasady tamtego jego zakładu. Ale wiesz co? Czeka na Ciebie dużo dobra i pięknych poranków. Mówi to moje trzecie oko, a całkiem sporo już zobaczyło i teraz już wie (i wszyscy razem: KOMU UFAĆ A KOMU JUŻ NIE).

*ątek

3 rzeczy, które wskazują, że życie mówi Ci: ZRÓB SOBIE PRZERWĘ, ZABIEGANA IDIOTKO

Jak byłam mała to miałam taki fun w życiu, że tłumaczyłam sobie teksty piosenek, a że dorastałam w miłości całkowitej do Pink Floydów, postanowiłam przetłumaczyć sobie ‘Time’. Zastanawiam się teraz, co w tym momencie wtedy poszło nie tak, że nie zrozumiałam fragmentu and you run, you run to catch up with the sun… but it’s sinking i wplątywałam się zawsze w te dziwne biegi, w których nie ty gonisz metę, ale ona ciebie. I teraz, gdy w życiu mam ciekawsze zajęcia niż analizowanie czemu ludzie zdradzają, mogę trochę popracować nad kifozą mojej hierarchii wartości, szacunku do siebie i podsumować sygnały, które każą ci w zajebiście ewidentny sposób odpocząć.

Chce Ci się spać  – non, kurwa, stop.

U mnie było tak, że w zasadzie nie miałam siły na nic, a jak już sobie zasnęłam (3 sekundy po ułożeniu główki na poduszce) to następowała pobudka o 4, bo w żyłach zamiast krwi płynął mi stres przez te wszystkie rzeczy, które miałam zrobić, muszę zrobić, robię.  I jeszcze to niesamowicie wysysające energię poczucie, że beze mnie załamie się jak nie cały świat, to przynajmniej moje najbliższe otoczenie.

(I teraz chciałabym się oficjalnie zwrócić do swojej mamy, która na pewno to czyta – jesteś niezastąpiona, ale nic się nie stanie jak parę razy nie zadzwonisz, czy na pewno jest wystarczająca ilość bułek na śniadanie dla gości. I wcale nie przeklinam!)

Zapominasz… O WSZYSTKIM

Wylatują ci słówka z głowy, chociaż znasz je od podstawówki. Zapominasz, o czym ktoś mówił 5 minut temu, więc uczysz się przytakiwać z mądrą miną, a w międzyczasie googlujesz „początki alzheimera”. Pani w aptece mówi, że to przesilenie, ale wstydzisz się już spytać czy można to mieć non stop. Nie możesz się skupić, więc frustrujesz się jeszcze bardziej, kółko wraca do pkt. 1 i budzisz się nad ranem w stresie. I tak nawet codziennie, fajnie.

Twoje ciało ma Cię dość i daje Ci popalić

 Permanentny ból brzucha, migreny albo stan przeziębienia i z tych zaskórniaczków, za którymi tak się zapierdala codziennie, nie zostaje Ci nic, bo idzie do suplementy, lekarzy, pijawki.

Jeśli odhaczasz sobie w głowie te trzy rzeczy (i pewnie dorzucasz kolejne) to jest dobry moment, żeby wziąć el quattro, pomachać nim w pracy, wyłączyć dostęp do Internetu i zrobić sobie kilka niedziel. Jak same się nie będziecie szanować, to świat was też szanować nie będzie tym bardziej (sprawdziłam). I żeby było jasne – nie chodzi o to, żeby nie robić nic i usprawiedliwiać każdy fuckup zmęczeniem, ale żeby dać sobie przestrzeń na siebie. Bo jak nagle wyliczasz, że po odjęciu dojazdu, ogarniania się, jedzenia, pracy, stresu przed i po pracy, zostaje ci jakieś 2h dla siebie, ale w zasadzie i tak nie masz siły tym czasem się cieszyć, to bardzo łatwo się zafiksować i wypalić.

Także lejcie to winko dziś (tylko nie do plastikowych kubków, śmieciuszki!!!), wrzućcie tryb na nudę i książki, a wasz mózg pokizia Was jakimiś super pomysłami.