świat zwariował w 25 lat

A: załamanie ludzkością i tego, co robimy ze światem zaczęło się chyba od osobistych dramatów, które pokazały mi, że się po prostu sami wybijemy i w całym naszym egoizmie i chceniu, zniszczymy po drodze wszystko co się da (trochę katastrofizmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, nie???). I może co jakiś czas musi zdarzyć się taka masowa wycinka, tak jak to było z dinozaurami, bo może dzięki temu ta piękna kula toczy się dalej, Ross został paleontologiem, a Elon wysłał teslę w kosmos, ale wszystko to dzieje się na poziomie „może”, a na pewno to my ten świat psujemy, a nie musimy wcale.

Odkąd mam trochę więcej czasu na realizowanie rzeczy, które mam pozapisywane w zakładkach „to do”, „to watch” lub „nowe życie”, ogarniam dokumentalne zaległości na netflixie, trochę czytam, kiziam swój mózg, symultanicznie płacząc nad upadkiem świata (no i nad sobą, rzecz jasna). Chciałabym się podzielić z wami kilkoma dokumentami, którym trochę dalej do bycia binge watching, więc tym bardziej warto znaleźć dla nich chwilę!

  1. BBC – Planet Earth

Tak sobie myślę, że dobrze sobie tę serię zobaczyć przed dokumentami o końcu świata, żeby poczuć w jakim cudzie totalnym żyjemy i go docenić. I usłyszeć narrację sir Attenborough’a, który potrafi pięknie opowiedzieć nawet o najbrzydszych robalach z jaskiń.

Z tego miejsca również chciałabym pozdrowić małe misie polarne, wychodzące po zimie z norki razem ze swoją mamą. I przestać myśleć o tym popularnym w internecie filmie z umierającym z głodu niedźwiedziem polarnym.

2. A PLASTIC OCEAN

Wiecie, że każdego roku 8 MILIONÓW TON śmieci wpada do oceanu? W tym plastik, który się nigdy nie rozłoży. I wiecie, że żółwie mylą foliową reklamówkę z meduzą, zjadają ją i nie muszę chyba mówić, co się z tą reklamówkę dzieje i że taki żółw bardzo się męczy i umiera? A najlepsze jest to, że wcale tej lemoniadki przez słomkę nie musimy pić, nie musimy pakować warzyw w jednorazowe reklamówki, nie kupować jedzenie zapakowanego w milion plastikowych opakowań. To kosztuje trochę więcej wysiłku, który przecież wolimy omijać na co dzień, bo życie takie ciężkie, gdzie czas znaleźć. Oh, please.

3. THE TRUE COST

Mid-season sales w pełni, bluzki po 20 zł, spodnie po 40zł, biorę. Pochodzę dwa miesiące, z bluzki zostaną wióry, więc raczej do wyrzucenia. Te ubrania się rozkładają prawie wcale, Afryka nie chce przyjmować już więcej ubrań, ale jak nie będzie dalej przyjmować – Stany zmniejszą subsydia na pomoc. Tylko 15% ubrań poddawane jest recyklingowi, a sama produkcja ubrań dostarcza środowisku tyle syfu i chemikalii, że w ogóle to jest poza poziomem percepcji kogokolwiek. A to nie wszystko – ludzie w fabrykach w Bangladeszu pracują w odczłowieczonych warunkach, zarabiając 4$ dziennie. Zastanawialiście się, kto wam zrobił tę bluzkę w H&M? Pewnie małe dziecko, bo i je się zatrudnia, żeby zmniejszyć koszty produkcji i obniżyć koszt końcowy bluzki o złotówkę. A jak mi ktoś powie, że przecież dajemy tym ludziom pracę, dam w mordę.

4. FORKS OVER KNIVES

Od 7 lat nie jem mięsa, od kilku próbuję zostać weganką w pełni. I przyznaję bez bicia, czasem mam taką ochotę na serek wiejski bez laktozy, że przy całych moich żywieniowych ograniczeniach,  czasem sobie pozwalałam, myśląc, że przecież te polskie krówki nie mają tak źle. Bez mięsa i nabiału jest w życiu super, naprawdę, i to nie tylko dlatego, że kocham zwierzęta, ale przede wszystkim dlatego, że nie ma w tym mięsie nic dobrego. Ten dokument nie jest o tym, że nocą trzeba wykradać kury z ogromnych ferm, żeby nie cierpiały, ale o tym, że jest naukowo potwierdzone (i Ci naukowcy w tym dokumencie są naprawdę), że to przetworzone mięso, nabiał, gmo i inne syfy, które się w produktach odzwierzęcych znajdują autentycznie powodują wiele z naszych chorób cywilizacyjnych. Obejrzyjcie to w imię Waszego zdrowia, poważnie, nawet jeśli weganizm to dla was synonim idiotyzmu i placu hipstera w Warszawie.

kobiety, które znam

A:

Znam kobietę, która trzyma w ryzach całą rodzinę i firmę (i pół miasta), mimo że nie ma swojego konta bankowego i nie używa znaków przestankowych.

I kobietę, która przeskakuje każdą przeszkodę rzucaną jej przez życie od urodzenia.

I kobietę, która ma w sobie tyle siły, że spokojnie wzięłaby PKiN i przeniosła w inne miejsce (ale nienawidzi PiSu, więc tego nie zrobi), być może nawet używając do tego aplikacji taxify.

I kobietę, która ma 85 lat, pamięta wojnę jakby była wczoraj i moment, w którym jej wnuczka nauczyła się jeździć na rowerze bez bocznych kółek.

Kobietę, która jest sama ze swoimi myślami (i małą księżniczką i księciem) vs. reszta patriarchalnego świata.

Znam kobiety, które zbudowały największą firmę edukacyjną, która teraz wyznacza trendy w tej dziedzinie.

I kobiety, które wzięły na bary dom i wychowały wspaniałych mężczyzn (szczególnie jednego).

I te, które mimo tego, że relacja córka-matka jest najtrudniejszą relacją ever, wychowały kolejne pokolenia wspaniałych kobiet.

Kobietę, mojego mentora, która na schodach zatrzymywała wszystkie moje ataki paniki, mimo swoich 150 obowiązków każdego dnia.

I znam też te moje kobiety, z którymi się wychowywałam i razem wyrosłyśmy wszystkie na zajebiste kobiety-pistolety. I może czasem już nie rozmawiamy, ale bez nich  nie dałabym rady na różnych etapach mojego życia.

Kobietę, która przygarniała mnie na noc do swojej mini-kawalerki, gdy nie mogłam wytrzymać w domu – to ta sama, z którą skoordynowałam zmianę boku bez odsłaniania centymetra ciała w trzech śpiworach na Syberii.

Kobietę, która właśnie przymierza się do obrony DOKTORATU na drugim końcu świata i jako jedyna umie wypowiedzieć “agusia, kurwa, ogarnij się” z buzią pełną prosecco.

Kobiety, od których uczyłam się życia w pracy (i po pracy).

I tą fajterkę, z którą razem tworzymy strefę komfortu tutaj i te swoje własne na kabatach i pradze.

Kobietę-rakietę-matkę-żonę, która pozwoliła mi zrozumieć, że jeśli świat ma problem ze mną to jest to kurwa problem świata, a nie potrzeba wyginania się, żeby w ten świat się wpasować. Ta kobieta, choć pewnie o tym nie wie (jeszcze) dała mi największą siłę na przeżycie ostatnich 3 lat.

I TERAZ:

Znam rozmowy, że jesteśmy grube, więc bikini odpada. Zresztą, codziennie rano patrzę na siebie i obliczam ile  centymetrów mniej w racicy uczyni mnie szczęśliwszą (how stupid am I?).

Że robimy za mało, nie rozwijamy się. Że tamta studiuje w Szanghaju, a ja kończę UJ i będę nikim. Że nie mogę odpocząć godzinę w łóżku, bo uciekną mi najlepsze szanse w życiu. Że trzeba w piątek wyjść z domu, żeby inni nie myśleli, że się jest singielką-frustratką. Że nie można zarabiać 2200 na rekę na stanowisku, o którym się zawsze marzyło, bo to wstyd, więc może lepiej iść do tego korpo, którego się nienawidzi po to, żeby wypalić się po roku, ale kupić sobie trzy nowe torebki. Że trzeba gnić w byle jakim związku, bo przecież singielek się nie szanuje. Że ten pomysł na biznes nie ma sensu, bo gdzie to teraz tworzyć taką firmę i ryzykować. Że nie można włożyć tych butów, bo on napisał swojemu koledze, że wygladasz chujowo i nie może na ciebie patrzeć. Że nie poszłaś dziś biegać, więc nie dość że wyjdziesz i tak już na frustratkę-singielkę to jeszcze będziesz gruba.

podsumuję tylko: OH REALLY!?

Świat zrobił kobietom źle, to jasne, sprawę pogarszają media, bombardujące nas artykuły „7 sukienek, w których on Cię pokocha”* i #instagirls. Ale nie po to kobiety wywalczyły sobie te wszystkie prawa, żeby teraz same siebie degradować i pozwalać dupkom kształtującym naszą rzeczywistość i kobietom-bluszczom** wjeżdżać na psychę i EVERY FUCKING DAY myśleć, że muszą (musimy) coś w sobie poprawić, schudnąć, najlepiej jutro zostać wybraną kobietą roku 2018.

*jak kiedyś facet powie Ci, że chujowo wyglądasz, a ty włożyłaś w ten wygląd swój gust, dwa dni myślenia nad kompozycją i 25 minut makijażu, ale i tak jesteś za mało slutty, powiedz mu od razu: tam są drzwi, wypierdalaj.

**tu polecam tekst „Dziewczyny nie bądźcie dla siebie takimi pizdami”

***illustration via http://harrietleemerrion.tumblr.com

#miastomoje: Radom

e: z bólem serca przyznaję, że ulegam czasem zbiorowej histerii. Myślę Radom i widzę tę nieszczęsną chytrą babę, lotnisko-widmo i trzydzieści cztery komisy na wlocie od strony stolicy. Widzę słupki bezrobocia wysokie jak Nanga Parbat i możliwości szerokie i zachęcające, jak ramówka TVP Info. Klasyk powiedziałby, że na rejonie nie jest kolorowo, a jak dodasz do tego postindustrialny krajobraz z setkami JanuszPoli reklamującymi się na każdym słupie – robi się źle. Ciężko uwierzyć, że jakiś niespełna rozumu wędrowiec stanął kiedyś na górce Piotrówce i powiedział legendarne „rad dom bym był swój tu uczynić”.

Radom,_Dom_Handlowy_Sezam_-_fotopolska.eu_(305862)

Nie piszę tego tekstu, żeby Radom odczarować. Wiem, że wszystkich i tak nie przekonam, a i wizy (jeszcze) nie potrzeba, żeby zobaczyć na własne oczy, że nie jest tu tak do dupy. To miasto, jak każde inne, trochę smutne i brudne, ale dla mnie rodzinne, więc ważne na maksa. Wychowywanie się w Radomiu lat 90. to kompleks Warszawy, wojenki z Kielcami i targ na Korei, gdzie mama kupowała mi podróby superstarów i pierwszy stanik. To trudne dojrzewanie z paskudnymi szpitalami, pierwsze wagary na stadionie Startu (Chryste, chyba nic już nigdy w życiu nie przebije tego dreszczyku emocji!) i zapiekanki z często zjełczałym serem naprzeciwko kina Atlantic na Moniuszki. W Radomiu zawsze byłam częścią miasta, które pretendowało do bycia metropolią z wielkimi ambicjami, a ja wierzę w to, że miasta mają swoje cechy charakteru i zostawiają w nas trwałe ślady. Radomski przerost ambicji mam w sobie do dziś i chociaż z tym walczę, ciągle zdarza mi się brać z życiem za bary, tylko po to, żeby pokazać, że dam radę. Zupełnie, jak moje miasto, które buduje lotnisko, żeby pokazać innym miastom, jakie jest zajebiste.

Z Radomia są moje ważne wspomnienia, moje wieloletnie przyjaźnie, moja pasja do fotografii spod znaku grona i digarta, moja harcerska przeszłość i rajdy w lasach pod Pionkami. Po radomsku mówię „wchódź”, jem gryzkę, jajka trzymam w matlesach a do wódki używam przepoi. I wcale się tego nie wstydzę. Na kultowych fontannach opalałam się nieraz, urywając się z lekcji, a Reddsa bez dowodu sprzedawał nam o 9 rano miły pan w nieistniejącej już Casablance. Liceum w centrum miasta to była okazja do zaznania miejskiego folkloru; w czasach przed smartfonami kuliliśmy się za bramami, kurząc nielegalnie mentolowe marlboro sprzedawane na sztuki w kiosku naprzeciwko szkoły. Oczywiste było to, że zaraz po maturze wszyscy stąd znikniemy w Warszawach, Krakowach i Lublinach, niosąc tę radomską ambicję dalej w świat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Nie wiem, czy wrócimy, ale miło patrzy się na zalane ludźmi Żeromskiego i tętniące życiem knajpy. Radom to nie było miasto mojej szansy, nie identyfikowałam się z nim zbyt mocno, jednak myślę, że może być takim dla innych. I mentalność chyba też już jest trochę inna, bo coraz częściej ktoś uprzejmie przepuszcza mnie na drodze, zamiast złośliwie ją zajeżdżać. No chyba, że akurat jest piątek wieczór i lokalsi z wiosek zajeżdżają pod Explosion, sprytnie ulokowane w budynku hal mięsnych (świnki już tam są!). Radomskie kontrasty uodparniają Cię na dziwność świata i wyostrzają wyobraźnię, za co jestem wdzięczna i na co teraz patrzę z rosnącym szacunkiem.  I chętnie wypiję za to na kolejnym spotkaniu z moją radomską ferajną, celebrując te słodkie powroty, których wartość zrozumie tylko inny słoik.

 

Cykl #miastomoje: Sandomierz

A: Miasto potrafi wyżłobić w człowieku ślad, jak rzeka, która zwykle przez takie miasto przepływa. O tych miastach, ich realiach i tym dlaczego sporo w życiu ustawiają będzie cykl #miastomoje.

Sandomierz – stare i nowe miasto, giełda, okoliczne wsie. Z fajną historią,  nieudaną transformacją, kilkoma powodziami, największą ilością kościołów przypadającą na jednego mieszkańca, no i cudnym Żmijewskim w sutannie. Dla mnie to moje łamańce, rurki z kremem, Flik, wakacje u babci, spacery. W Sandomierzu w ogóle sporo się chodziło, przynajmniej za czasów świetności Vivy i Gośki Halber, co było skutkiem patologii komunikacji i tego, że po prostu czasem nie było co robić. Obok całego worka dobrych rzeczy z tego miasta jest też bagaż dramy, o której boję się czasem nawet myśleć.

Przyszedł (w końcu) taki moment w życiu, kiedy ten bagaż i ja nie mogliśmy ze sobą funkcjonować. Jeszcze tego wtedy nie widziałam, ale Sandomierz najbardziej zniekształcił mi relacje, bo nauczyłam się, że każda powinna być trochę destrukcyjna, żeby była prawdziwa i to zabrałam ze sobą przy przeprowadzce. W ogóle, nigdy już potem nie czułam w życiu tak silnej potrzeby zmiany miasta i otoczenia jak wtedy, gdy przeprowadzałam się do Krakowa. Pewnie tak było mi łatwiej – utożsamić wszystko co złe z tym jednym punktem na mapie i trzeba mi było kilku(nastu) dobrych lat, żeby sobie ten mechanizm zmienić. Sandomierz rozpoczął jakiś dziwny ciąg przyczynowo-skutkowy, który na razie ma pauzę w Warszawie, a ja pierwszy raz w życiu już nie muszę uciekać dalej i dorosłam nawet do tego, żeby z uśmiechem na twarzy wracać na święta do domu i nie tracić na chwilę tchu przy zielonej tabliczce “Sandomierz”.

Jeszcze nie wiem, czy to miasto mi więcej dało czy zabrało, ale miałam kiedyś teorię, obserwując życia moich sandomierskich znajomych i swoje że gdyby nie Sandomierz, byłoby chyba w życiu nam wszystkim łatwiej i ludzie byliby mniej skomplikowani. To pewnie urok tych wszystkich miast bez przyszłości, planów, wciąż zbyt małych, żeby być anonimowym, a za dużych, żeby brak tej anonimowości nie przeszkadzał.

Na koniec piosenka Grzegorza, którą włączyłam dziś chyba pierwszy raz od 6 lat i po odsłuchaniu sporo przyczyn z tego mojego ciągu uświadomiła:

choroba chcenia

E: Po długiej przerwie, w której moje blogerskie obowiązki przejęła całościowo Aga (ave cezarowo!), a która obfitowała w tzw. myślobiegunkę, wracam z refleksją, że oto dorobiliśmy się kolejnej współczesnej choroby. Wydawało mi się dotychczas, że rozsądna chęć posiadania (niezależnie, czy to dóbr materialnych, czy chwil i wspomnień) to motor napędowy godny pochwały. Musimy się przecież jakoś motywować w tym trudnym świecie, w którym szczurek z sąsiedniego boxu wstawia zdjęcia z urlopu na Bali, a Ty klepiesz kolejną tabelkę w Excelu. Ponieważ wolę raczej podejście pozytywne, to modna ostatnio wizualizacja siebie w przyjemnym miejscu jest mi mimo wszystko bliższa, niż wpędzanie się w ciężki pracoholizm wizją nieuchronnego bezrobocia. Zauważyłam jednak na sobie samej i na moim bliskim otoczeniu, że i z pozytywną automotywacją do działania można przesadzić i wtedy wkracza ona, cała na biało.

CHOROBA CHCENIA.

Chcę się rozwijać, chcę też odpocząć od pracy, chcę w sumie ją zmienić i chcę też zostać. Chcę wyjechać na safari, bo fotki na Insta i chcę też mały domek w Bieszczadach, bo fotki vol. 2, i nowy telefon, i samochód, i kredyt na mieszkanie, bo Zośka już się urządza w swoim lofcie, a Heniek to mógłby się oświadczyć, bo chcę ja i babcia i ciocia Stasia, a jestem już po ćwierćwieczu, więc chcę i basta. Najlepiej na już, bo już to jest termin najodpowiedniejszy ze wszystkich, a za rok to nie wiadomo i może Putin najedzie kraj nadwiślański i nici ze ślubu w stodole nad Bugiem (fotki vol.3).

Wstrzymajmy konie kochani, po co się tak spieszyć z tym chceniem, a w zasadzie chceniami? Instant to dobra jest zupka, jak masz kaca po owocnej imprezie, ale nasze życia pewnie się tak ekspresowo nie potoczą, o ile nie nastąpi zaskakujący zbieg sprzyjających okoliczności. Nie dajmy się wpędzić w tę chęć posiadania, bo skończymy jak wspomniana zupka. W proszku.

Trochę mam poczucie, że 25. rok życia ma w sobie coś mistycznego, co każe się zastanowić nad sensem i celem tego, co aktualnie robimy. I to jest normalne i zdrowe. Nie dajmy sobie jednak wmówić, że w ciągu najbliższych 10 lat musimy mieć wszystko ułożone od A do Z, a nasze wybory mają być pewne i ostateczne. Chcenie może nam pomóc osiągnąć to, co założyliśmy, bo bez niego tak naprawdę nie stanie się nic konstruktywnego. Ważne, żeby było mądre i żeby faktycznie napędzalo nas do działania, a nie do ślepego kolekcjonowania torebek (tak, mówię o Tobie Ewelina, stahp it) i wspomnień na pokaz. Chciejmy mądrze i na wesoło, dając sobie czas. Presja jest w naszych głowach, a powinna tam być strefa komfortu. Dosłownie i w przenośni.

Wasza (jeszcze) dwudziestopięcioletnia!

mówię: mówcie

A: Styczeń i luty to dwa miesiące, w których prawdopodobnie wyczerpałam swój założony roczny limit na rozmowy z ludźmi.  Poważnie, w życiu tyle nie gadałam, nie analizowałam, nie byłam społecznie zmuszana, żeby werbalizować to, co mam w głowie. I to był jakby kosmos, który dużo mnie nauczył i wchodząc powoli w marzec, ściągam trochę kapelusz dla samej siebie za ten czas.

Rozmowa to naprawdę zanikająca sztuka, widzę to po sobie i po ludziach, których
w jakiś sposób mijam na co dzień. O tym, dlaczego tak się dzieje, powstało już pewnie kilka doktoratów, więc może trochę odkrywam Amerykę, ale może też jest to dobre miejsce i moment, żeby to powiedzieć jeszcze raz.

Bardzo nam się łatwo zapomina, używając wszelkiego rodzaju komunikatorów, jak fajnie jest w spokoju porozmawiać z bardzo żywym człowiekiem znajdującym się
na wyciągnięcie ręki. Zresztą, no nie ma co się dziwić, w trybie praca-dom, szczególnie w takiej Warszawie, po prostu gubi się na to czas albo ten czas wykorzystuje się
na Netflixa i czasem tak trzeba.

Razem z tym zapominamy, że rozmowa zwykle dużo otwiera w głowie; siedzenie z kimś mądrzejszym od siebie, bez notyfikacji na telefonie. Już samo wyjście z coraz bardziej powszechnie panującego narcyzmu i przyznanie, że ten naprzeciwko może wiedzieć więcej o niektórych sprawach to bardzo dużo i życzyłabym wszystkim nam pokory
i takich spostrzeżeń na ten rok i na zawsze.

http://thebodyisnotanapology.tumblr.com/

via http://thebodyisnotanapology.tumblr.com/

Odkąd przegaduję ważne dla mnie sprawy i nie kumuluję ich w sobie, jest mi łatwiej.
To trochę kwestia zmiany we mnie, ale też i tego, że nagle okazuje się, że z drugą osobą jest się w stanie wejść w dialog, bez trzymania pod skórą różnych strachów i problemów, które potem wybuchają tak czy siak i jest za późno na składanie słów do kupy. Z tego wychodzi, że są dwa warunki do spełnienia, żeby dobrze rozmawiać – otworzyć swoją głowę na mówienie i słuchanie, a drugi –  otoczyć się ludźmi, którzy potrafią zrobić
to samo dla Ciebie (i polecam też wyłączać powiadomienia na smartfonie, a o disruptive technology jeszcze tu będzie).

Podsumowując – mniej pierdolenia o rzeczach mało ważnych, a więcej rozmowy.

zwykłe życie

A: Jest piątek, kolejny z tych piątków, w których jestem w domu, przysypiam przy filmie, seriali i nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Facebook przypomina mi o moim coming oucie na FB (all post-anorectic girls, put your hands up) trzy lata temu, więc naturalnie moja głowa analizuje wszystko, co w te trzy lata się zadziało. No i najważniejsze z tych didaskaliów – słucham Tato Hemingway Kamila Pivota i tak sobie tu razem błogosławimy codzienne życie.

Bardzo sporo zmian w życiu musiało się zadziać, żebym umiała przestać wyrzucać sobie spędzanie piątku w rozciągniętym swetrze na kanapie. Piątki w ogóle, szczególnie od przeprowadzki do Warszawy, to był dla mnie totalny stres i wrzucanie siebie samej w obowiązek zbierania sił żeby wrócić do domu, przebrać się i wyjść do ludzi. Teraz? Nauczyłam się włączać Netflix, odpalać książkę, przy której zazwyczaj zasypiam, pokochać spokój, który wtedy czuję. Ostatnio najbardziej wsiadać wieczorem w samochód, jeździć po Warszawie, patrzeć na miasto i na moją lewą stronę. I słuchać wtedy też Pivota i jarać się tym jego zwykłym życiem, które jest jeszcze przede mną. I którego pierwszy raz się nie boję, bo nie będzie tak jak myślałam, że musi być. Warszawę szybko pokochałam, ale jeszcze szybciej zdążyła mi pokazać swoją wersję ze Ślepnąc od świateł, w której naprawdę trzeba być na maksa silnym, żeby się nie dać i, mimo naturalnego garbu, nie zrobić sobie tego moralnego.  Te wszystkie półnagie 16stki w klubach, naćpane korpomordki, brak lojalności, zdradzający się mężowie i żony; smutni ludzie. A potem, pod koniec roku, dostałam link do Taty Hemingway i nic tak mi pięknie nie pokazało, że jest o co walczyć i że jednak dobrze, że ta lojalność dla mnie w życiu jest ważna.

W tym roku słuchałam o wygrywaniu życia Quebo, płakałam do K. Rasmentów, utożsamiałam się z warszawskim story Taco, a w wakacje nic mnie tak nie poruszyło (muzycznie ofc), jak Jak nikt Mesa. Oni wszyscy trafili do moich playlist na spotifaju, do smutnych rapsów i do mood rapsów. Dla Kamila chyba stworzę nową playlistę – zwykłe życie. Kocham tą płytę całym swoim muzycznym serduszkiem, od pierwszych dźwięków, każdą piosenkę bez wyjątku. To jedna z tych płyt, a dla mnie w zasadzie jedyna, której słuchając, nie można przestać się uśmiechać. Gość ma trójkę dzieci, wspaniałą żonę i o tym pisze teksty i pisze je wspaniale. I poważnie, Kamil, szapo ba tak bardzo, zbieraj na mini vana. Bez zbędnego – odpalanko, kochani. Zapraszam na zwykłe życie, “Pivotowie” siódmy sezon.