moi ludzie

e: odkąd mam na głowie więcej niż tylko własne ja zaprzęgnięte w obowiązki,  coraz częściej, jakby na przekór, zastanawiam się nad tym, co jest dla mnie w życiu ważne i na co spożytkować cenny czas, który mi tu na tym ziemskim padołku został przeznaczony. Wiem, że zaczynam z grubej rury, ale jakoś tak nam się blogowo i życiowo układa, że tematy trudne i wymagające przemyśleń, wypływają na wierzch częściej niż 7 rad na piękną pupę. Trochę winię za to zupełnie niepolskie upały, od których Południowcy aż kipią od emocji, a nieprzyzwyczajeni Polacy dostają kociokwiku, a trochę wiem, że czasem trzeba wypluć taki tekst i basta.

Kiedy po 5 latach studiów przeprowadziłam się z sielskiego Lublina do tętniącej Warszawy, pierwszym moim odruchem była organiczna wręcz chęć powrotu na stare śmieci, nawet kosztem tkwienia w znienawidzonym przeze mnie obszarze prawniczego (pół)światka. Siedziałam w pokojomieszkaniu na Kabatach z psem Docentem i wyłam, zrozpaczona i pewna, że tych okropnych studiów nie skończę nigdy, praca jest na chwilę, a stolica to nie miejsce do normalnego funkcjonowania. Osaczona ze wszystkich stron przez oczekiwania innych, czułam się jak TEN biedny prosiak, którego nieudolnie łapali policjanci – niby się im niezdarnie wymykałam, ale w gruncie rzeczy wiedziałam, że wielka siata w postaci dorosłości i tak mnie dopadnie. Pogodzenie się z rzeczywistością i dostrzeżenie jej plusów, wymagało przede wszystkim czasu – wiem, to cliche i plotę pewnie truizmy, ale serio, tak jest i nie ma co z tym dyskutować. Co bardziej mnie w końcu ubodło, to refleksja, że wyjazd z miasta inspiracji był prawdziwym testem na relacje. A za tym zaraz przyszła kolejna myśl, że łączą mnie one z całą masą wartościowych ludzi, których bardzo chcę mieć w tym swoim ziemskim żyćku, a mam je tylko jedno i to ograniczone czasowe, więc jak o nich wszystkich odpowiednio zadbać?! Czy da się w ogóle utrzymywać kontakt z każdym, kogo darzymy serdecznym uczuciem, czy lepiej na samym początku położyć lachę na trudnej, bo nieregularnej relacji i ustrzec się przed smutnymi skutkami jej zaniknięcia, zanim ono w ogóle nastąpi? Nie widząc kogoś na co dzień, nie wiesz przecież tak naprawdę co siedzi mu w głowie, zaczyna Wam brakować wspólnych tematów, bo nie łączy Was już ta dojeżdżająca codzienność, a zdawkowe „co słychać?” na fejsie nie niesie chyba w sobie wystarczającej dozy informacji, którą podświadomie czytasz z mowy ciała…?

Długo zajęło mi zrozumienie, że istnieją relacje, które są tak prawdziwe i szczere, że brak ciągłego kontaktu nie wpłynie na ich jakość, i że nie muszę codziennie nakurwiać wiadomościami na mesendżerze. Mam na tym świecie swoich ludzi (i ave Wam, niestrudzeni słuchacze moich koślawych żartów!), którzy po pół roku ciszy dalej łapią w lot moje skróty myślowe i choćbym stała z rozjebaną furą pod Everestem, to zorganizują transport zastępczy. Mam też ziomków od serca, którzy z inteligencją ostrą jak brzytwa potrafią po kwartale bez spotkania płynnie wrócić do dyskusji światopoglądowej, toczonej kiedyś w asyście wódeczki, w którejś z naszych wynajętych klitek. Moi ludzie pracują, robią kariery, uczą się, podróżują, ale zawsze, choćbyśmy nie widzieli się 10 miesięcy, ze szczerą ciekawością i szacunkiem traktują mnie i siebie nawzajem.

Lekcja, jaką wyciągnęłam po 20 latach budowania świadomych relacji jest przede wszystkim lekcją tego ostatniego. Empatia to mój główny talent według omnibusów z Instytutu Gallupa, więc naturalnie angażuje się mocno w problemy innych i żyje nimi bardziej niż swoimi, co równie często jak wdzięczność samych zainteresowanych, przynosi mi wrogość i odrzucenie. I spoko, to jestem w stanie zrozumieć i zaakceptować – nie każdy oczekuje takiego stopnia poufałości. Jedyne czego absolutnie n i e  z n i e s ę, to brak szacunku. I nieważne, czy nie szanujesz mnie, bliskich sobie osób, moich poglądów czy poglądów innych – jeśli się nawzajem nie będziemy szanować, to zejdziemy na psy i ja w takim świecie żyć nie chcę.

Aga pisała o toksycznych związkach, ja mam gdzieś w głowie toksyczne relacje, które kiedy raz Cię oplotą, zaburzają ostrość widzenia wad we wszystkich ludziach, którzy Cię otaczają. Dbaj więc o tych dobrych, którzy Cię naprawdę rozumieją i nie ulegaj sentymentom. Nawet najdłuższa znajomość na świecie, może okazać się w kluczowym momencie sentymentalnym złudzeniem, więc w chwili zwątpienia, czy warto jednak nakurwiać te wiadomości zadaj sobie pytanie, czy między nami jest rispekt na zawsze i jeśli tak – śmiało, każdy gimbus przecież wie, że nieważne jak i gdzie, ale ważne z kim.

4 sygnały, że trwasz w toksycznym związku

A: Ten wpis pewnie tworzył się jakieś 3 lata, w mojej głowie.  Ostatnio przeczytałam artykuł w g’rlsRoom o rytuale przejścia, o fazie wychodzenia, adaptacji i wchodzenia w nowe i że trzeba dać sobie ten luz w głowie na to, że to wszystko tyle trwa. I ty też sobie daj.

Żeby nie budować niepotrzebnego tragizmu, włącz do tego tryb #sarkazm, bo ten tryb, wyuczony w domu, obracający życie w angielski dowcip, dał szansę na ogarnianie tego syfu, w który czasem (często) się wpada. Jeśli w Twoim życiu zadzieją się podobne rzeczy z listy poniżej – pamiętaj, że żyjesz i tworzysz toksyczną relację (tak, tworzą je dwie osoby, nie obrażaj się) i trzeba uciekać.

  1. Rezerwujesz miejsce w trekkingu po Ałtaju na Syberii

A na decyzję poświęcasz 5 minut, nie więcej. Zasypiasz z myślą o szlakach, jakby miały uzdrowić Ciebie, ten świat i ziomka śpiącego obok. To jest ten moment, w którym łatwiej ci podjąć decyzję o wyjeździe na Sybir niż o rozstaniu. W zasadzie każdą inną łatwiej Ci podjąć, a perspektywa 2 tygodni na końcu świata wygląda lepiej niż perspektywa bycia samej, poobijanej.

  1. Zaczynasz wierzyć, że zdrady są okej

Znasz większość artykułów i pozycji naukowych o tym, że człowiek nie jest stworzony do monogamii. Że w zasadzie no czym jest ta zdrada, już bez przesady, ludzie są słabi (ja to słabo znoszę). A ty jesteś taka super, dajesz sobie z tym radę, może nawet tolerujesz (chuj, że poświęcając przy tym siebie), jesteś chodzącym XXI wiekiem, oazą nowoczesnego podejścia do związku, odpuszczenie win.

A potem patrzysz  lustro i sobie myślisz, że w zasadzie też byś siebie samą zdradziła, bo w końcu ze wszystkich czynności wykonywanych każdego dnia dobrze wychodzi Ci tylko dojazd do pracy – zawsze jesteś wcześniej i po drodze zdążysz kupić zdrowy batonik, który i tak pójdzie Ci w uda, bo tylko tym dziewczynom, z którymi on Cię zdradza idzie w cycki. Kupujesz naklejkę na tablicę rejestracyjną „Shit happens” i pchasz to dalej, w końcu lepiej tak niż samej.

  1. Twój mózg ma demencję

Zapominasz o wszystkim, bo dzielisz myślenie na to, co musisz zrobić i czy czasem on teraz nie poznaje miłości życia. W zasadzie dla wszystkich byłoby lepiej, jakby poznał, ale teraz myślisz tylko o tych kilogramach, które musisz zrzucić, językach, które musisz się nauczyć, fryzjerach, którzy muszą doprowadzić cię do porządku. Jesteś zmęczona i wylatują Ci z głowy różne rzeczy, bo koncentracja 24 na dobę, żeby wszystko było z tobą okej, żeby dać maksimum z siebie światu i jemu trochę męczy, nie powiem.

  1. Zostajesz mistrzem czytania w myślach

Może czasem to dobrze, umieć czytać z mimiki, gestów, słów. W tym całym zafiksowaniu na kłamstwach (i Twoich i jego), Twoje trzecie oko szuka tylko prawdy, a dwoje normalnych świdruje telefony i laptopa. To doprowadza do paranoi, w której nie wiesz już czy to co jest przed Tobą ma wymiar rzeczywisty i gdy on Ci mówi, że to był tylko zakład – wierzysz, chyba. Masz tę resztkę inteligencji emocjonalnej, która podpowiada Ci, że to bullshit, a z drugiej strony – naiwność, że no jak ten człowiek mógłby Ci to zrobić. Może.

Jeśli już wiesz, że coś tam poszło w tym związku nie tak – tulę Cię do piersi*, żeby z tego kroku zrobić kolejny i spakować swoje rzeczy, przestać wybaczać i dawać się upokarzać – swoim zachowaniem, które nie jest w zasadzie Twoje i jego czynami.

Wychodzenie z błędnie rozumianych definicji, z upokorzenia, boli najbardziej i długo trwa – jeszcze trochę poprzepraszasz świat za ataki terrorystyczne, że nie ma chleba w domu i że zobaczyłaś zasady tamtego jego zakładu. Ale wiesz co? Czeka na Ciebie dużo dobra i pięknych poranków. Mówi to moje trzecie oko, a całkiem sporo już zobaczyło i teraz już wie (i wszyscy razem: KOMU UFAĆ A KOMU JUŻ NIE).

*ątek

3 rzeczy, które wskazują, że życie mówi Ci: ZRÓB SOBIE PRZERWĘ, ZABIEGANA IDIOTKO

Jak byłam mała to miałam taki fun w życiu, że tłumaczyłam sobie teksty piosenek, a że dorastałam w miłości całkowitej do Pink Floydów, postanowiłam przetłumaczyć sobie ‘Time’. Zastanawiam się teraz, co w tym momencie wtedy poszło nie tak, że nie zrozumiałam fragmentu and you run, you run to catch up with the sun… but it’s sinking i wplątywałam się zawsze w te dziwne biegi, w których nie ty gonisz metę, ale ona ciebie. I teraz, gdy w życiu mam ciekawsze zajęcia niż analizowanie czemu ludzie zdradzają, mogę trochę popracować nad kifozą mojej hierarchii wartości, szacunku do siebie i podsumować sygnały, które każą ci w zajebiście ewidentny sposób odpocząć.

Chce Ci się spać  – non, kurwa, stop.

U mnie było tak, że w zasadzie nie miałam siły na nic, a jak już sobie zasnęłam (3 sekundy po ułożeniu główki na poduszce) to następowała pobudka o 4, bo w żyłach zamiast krwi płynął mi stres przez te wszystkie rzeczy, które miałam zrobić, muszę zrobić, robię.  I jeszcze to niesamowicie wysysające energię poczucie, że beze mnie załamie się jak nie cały świat, to przynajmniej moje najbliższe otoczenie.

(I teraz chciałabym się oficjalnie zwrócić do swojej mamy, która na pewno to czyta – jesteś niezastąpiona, ale nic się nie stanie jak parę razy nie zadzwonisz, czy na pewno jest wystarczająca ilość bułek na śniadanie dla gości. I wcale nie przeklinam!)

Zapominasz… O WSZYSTKIM

Wylatują ci słówka z głowy, chociaż znasz je od podstawówki. Zapominasz, o czym ktoś mówił 5 minut temu, więc uczysz się przytakiwać z mądrą miną, a w międzyczasie googlujesz „początki alzheimera”. Pani w aptece mówi, że to przesilenie, ale wstydzisz się już spytać czy można to mieć non stop. Nie możesz się skupić, więc frustrujesz się jeszcze bardziej, kółko wraca do pkt. 1 i budzisz się nad ranem w stresie. I tak nawet codziennie, fajnie.

Twoje ciało ma Cię dość i daje Ci popalić

 Permanentny ból brzucha, migreny albo stan przeziębienia i z tych zaskórniaczków, za którymi tak się zapierdala codziennie, nie zostaje Ci nic, bo idzie do suplementy, lekarzy, pijawki.

Jeśli odhaczasz sobie w głowie te trzy rzeczy (i pewnie dorzucasz kolejne) to jest dobry moment, żeby wziąć el quattro, pomachać nim w pracy, wyłączyć dostęp do Internetu i zrobić sobie kilka niedziel. Jak same się nie będziecie szanować, to świat was też szanować nie będzie tym bardziej (sprawdziłam). I żeby było jasne – nie chodzi o to, żeby nie robić nic i usprawiedliwiać każdy fuckup zmęczeniem, ale żeby dać sobie przestrzeń na siebie. Bo jak nagle wyliczasz, że po odjęciu dojazdu, ogarniania się, jedzenia, pracy, stresu przed i po pracy, zostaje ci jakieś 2h dla siebie, ale w zasadzie i tak nie masz siły tym czasem się cieszyć, to bardzo łatwo się zafiksować i wypalić.

Także lejcie to winko dziś (tylko nie do plastikowych kubków, śmieciuszki!!!), wrzućcie tryb na nudę i książki, a wasz mózg pokizia Was jakimiś super pomysłami.

świat zwariował w 25 lat

A: załamanie ludzkością i tego, co robimy ze światem zaczęło się chyba od osobistych dramatów, które pokazały mi, że się po prostu sami wybijemy i w całym naszym egoizmie i chceniu, zniszczymy po drodze wszystko co się da (trochę katastrofizmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, nie???). I może co jakiś czas musi zdarzyć się taka masowa wycinka, tak jak to było z dinozaurami, bo może dzięki temu ta piękna kula toczy się dalej, Ross został paleontologiem, a Elon wysłał teslę w kosmos, ale wszystko to dzieje się na poziomie „może”, a na pewno to my ten świat psujemy, a nie musimy wcale.

Odkąd mam trochę więcej czasu na realizowanie rzeczy, które mam pozapisywane w zakładkach „to do”, „to watch” lub „nowe życie”, ogarniam dokumentalne zaległości na netflixie, trochę czytam, kiziam swój mózg, symultanicznie płacząc nad upadkiem świata (no i nad sobą, rzecz jasna). Chciałabym się podzielić z wami kilkoma dokumentami, którym trochę dalej do bycia binge watching, więc tym bardziej warto znaleźć dla nich chwilę!

  1. BBC – Planet Earth

Tak sobie myślę, że dobrze sobie tę serię zobaczyć przed dokumentami o końcu świata, żeby poczuć w jakim cudzie totalnym żyjemy i go docenić. I usłyszeć narrację sir Attenborough’a, który potrafi pięknie opowiedzieć nawet o najbrzydszych robalach z jaskiń.

Z tego miejsca również chciałabym pozdrowić małe misie polarne, wychodzące po zimie z norki razem ze swoją mamą. I przestać myśleć o tym popularnym w internecie filmie z umierającym z głodu niedźwiedziem polarnym.

2. A PLASTIC OCEAN

Wiecie, że każdego roku 8 MILIONÓW TON śmieci wpada do oceanu? W tym plastik, który się nigdy nie rozłoży. I wiecie, że żółwie mylą foliową reklamówkę z meduzą, zjadają ją i nie muszę chyba mówić, co się z tą reklamówkę dzieje i że taki żółw bardzo się męczy i umiera? A najlepsze jest to, że wcale tej lemoniadki przez słomkę nie musimy pić, nie musimy pakować warzyw w jednorazowe reklamówki, nie kupować jedzenie zapakowanego w milion plastikowych opakowań. To kosztuje trochę więcej wysiłku, który przecież wolimy omijać na co dzień, bo życie takie ciężkie, gdzie czas znaleźć. Oh, please.

3. THE TRUE COST

Mid-season sales w pełni, bluzki po 20 zł, spodnie po 40zł, biorę. Pochodzę dwa miesiące, z bluzki zostaną wióry, więc raczej do wyrzucenia. Te ubrania się rozkładają prawie wcale, Afryka nie chce przyjmować już więcej ubrań, ale jak nie będzie dalej przyjmować – Stany zmniejszą subsydia na pomoc. Tylko 15% ubrań poddawane jest recyklingowi, a sama produkcja ubrań dostarcza środowisku tyle syfu i chemikalii, że w ogóle to jest poza poziomem percepcji kogokolwiek. A to nie wszystko – ludzie w fabrykach w Bangladeszu pracują w odczłowieczonych warunkach, zarabiając 4$ dziennie. Zastanawialiście się, kto wam zrobił tę bluzkę w H&M? Pewnie małe dziecko, bo i je się zatrudnia, żeby zmniejszyć koszty produkcji i obniżyć koszt końcowy bluzki o złotówkę. A jak mi ktoś powie, że przecież dajemy tym ludziom pracę, dam w mordę.

4. FORKS OVER KNIVES

Od 7 lat nie jem mięsa, od kilku próbuję zostać weganką w pełni. I przyznaję bez bicia, czasem mam taką ochotę na serek wiejski bez laktozy, że przy całych moich żywieniowych ograniczeniach,  czasem sobie pozwalałam, myśląc, że przecież te polskie krówki nie mają tak źle. Bez mięsa i nabiału jest w życiu super, naprawdę, i to nie tylko dlatego, że kocham zwierzęta, ale przede wszystkim dlatego, że nie ma w tym mięsie nic dobrego. Ten dokument nie jest o tym, że nocą trzeba wykradać kury z ogromnych ferm, żeby nie cierpiały, ale o tym, że jest naukowo potwierdzone (i Ci naukowcy w tym dokumencie są naprawdę), że to przetworzone mięso, nabiał, gmo i inne syfy, które się w produktach odzwierzęcych znajdują autentycznie powodują wiele z naszych chorób cywilizacyjnych. Obejrzyjcie to w imię Waszego zdrowia, poważnie, nawet jeśli weganizm to dla was synonim idiotyzmu i placu hipstera w Warszawie.

kobiety, które znam

A:

Znam kobietę, która trzyma w ryzach całą rodzinę i firmę (i pół miasta), mimo że nie ma swojego konta bankowego i nie używa znaków przestankowych.

I kobietę, która przeskakuje każdą przeszkodę rzucaną jej przez życie od urodzenia.

I kobietę, która ma w sobie tyle siły, że spokojnie wzięłaby PKiN i przeniosła w inne miejsce (ale nienawidzi PiSu, więc tego nie zrobi), być może nawet używając do tego aplikacji taxify.

I kobietę, która ma 85 lat, pamięta wojnę jakby była wczoraj i moment, w którym jej wnuczka nauczyła się jeździć na rowerze bez bocznych kółek.

Kobietę, która jest sama ze swoimi myślami (i małą księżniczką i księciem) vs. reszta patriarchalnego świata.

Znam kobiety, które zbudowały największą firmę edukacyjną, która teraz wyznacza trendy w tej dziedzinie.

I kobiety, które wzięły na bary dom i wychowały wspaniałych mężczyzn (szczególnie jednego).

I te, które mimo tego, że relacja córka-matka jest najtrudniejszą relacją ever, wychowały kolejne pokolenia wspaniałych kobiet.

Kobietę, mojego mentora, która na schodach zatrzymywała wszystkie moje ataki paniki, mimo swoich 150 obowiązków każdego dnia.

I znam też te moje kobiety, z którymi się wychowywałam i razem wyrosłyśmy wszystkie na zajebiste kobiety-pistolety. I może czasem już nie rozmawiamy, ale bez nich  nie dałabym rady na różnych etapach mojego życia.

Kobietę, która przygarniała mnie na noc do swojej mini-kawalerki, gdy nie mogłam wytrzymać w domu – to ta sama, z którą skoordynowałam zmianę boku bez odsłaniania centymetra ciała w trzech śpiworach na Syberii.

Kobietę, która właśnie przymierza się do obrony DOKTORATU na drugim końcu świata i jako jedyna umie wypowiedzieć “agusia, kurwa, ogarnij się” z buzią pełną prosecco.

Kobiety, od których uczyłam się życia w pracy (i po pracy).

I tą fajterkę, z którą razem tworzymy strefę komfortu tutaj i te swoje własne na kabatach i pradze.

Kobietę-rakietę-matkę-żonę, która pozwoliła mi zrozumieć, że jeśli świat ma problem ze mną to jest to kurwa problem świata, a nie potrzeba wyginania się, żeby w ten świat się wpasować. Ta kobieta, choć pewnie o tym nie wie (jeszcze) dała mi największą siłę na przeżycie ostatnich 3 lat.

I TERAZ:

Znam rozmowy, że jesteśmy grube, więc bikini odpada. Zresztą, codziennie rano patrzę na siebie i obliczam ile  centymetrów mniej w racicy uczyni mnie szczęśliwszą (how stupid am I?).

Że robimy za mało, nie rozwijamy się. Że tamta studiuje w Szanghaju, a ja kończę UJ i będę nikim. Że nie mogę odpocząć godzinę w łóżku, bo uciekną mi najlepsze szanse w życiu. Że trzeba w piątek wyjść z domu, żeby inni nie myśleli, że się jest singielką-frustratką. Że nie można zarabiać 2200 na rekę na stanowisku, o którym się zawsze marzyło, bo to wstyd, więc może lepiej iść do tego korpo, którego się nienawidzi po to, żeby wypalić się po roku, ale kupić sobie trzy nowe torebki. Że trzeba gnić w byle jakim związku, bo przecież singielek się nie szanuje. Że ten pomysł na biznes nie ma sensu, bo gdzie to teraz tworzyć taką firmę i ryzykować. Że nie można włożyć tych butów, bo on napisał swojemu koledze, że wygladasz chujowo i nie może na ciebie patrzeć. Że nie poszłaś dziś biegać, więc nie dość że wyjdziesz i tak już na frustratkę-singielkę to jeszcze będziesz gruba.

podsumuję tylko: OH REALLY!?

Świat zrobił kobietom źle, to jasne, sprawę pogarszają media, bombardujące nas artykuły „7 sukienek, w których on Cię pokocha”* i #instagirls. Ale nie po to kobiety wywalczyły sobie te wszystkie prawa, żeby teraz same siebie degradować i pozwalać dupkom kształtującym naszą rzeczywistość i kobietom-bluszczom** wjeżdżać na psychę i EVERY FUCKING DAY myśleć, że muszą (musimy) coś w sobie poprawić, schudnąć, najlepiej jutro zostać wybraną kobietą roku 2018.

*jak kiedyś facet powie Ci, że chujowo wyglądasz, a ty włożyłaś w ten wygląd swój gust, dwa dni myślenia nad kompozycją i 25 minut makijażu, ale i tak jesteś za mało slutty, powiedz mu od razu: tam są drzwi, wypierdalaj.

**tu polecam tekst „Dziewczyny nie bądźcie dla siebie takimi pizdami”

***illustration via http://harrietleemerrion.tumblr.com

#miastomoje: Radom

e: z bólem serca przyznaję, że ulegam czasem zbiorowej histerii. Myślę Radom i widzę tę nieszczęsną chytrą babę, lotnisko-widmo i trzydzieści cztery komisy na wlocie od strony stolicy. Widzę słupki bezrobocia wysokie jak Nanga Parbat i możliwości szerokie i zachęcające, jak ramówka TVP Info. Klasyk powiedziałby, że na rejonie nie jest kolorowo, a jak dodasz do tego postindustrialny krajobraz z setkami JanuszPoli reklamującymi się na każdym słupie – robi się źle. Ciężko uwierzyć, że jakiś niespełna rozumu wędrowiec stanął kiedyś na górce Piotrówce i powiedział legendarne „rad dom bym był swój tu uczynić”.

Radom,_Dom_Handlowy_Sezam_-_fotopolska.eu_(305862)

Nie piszę tego tekstu, żeby Radom odczarować. Wiem, że wszystkich i tak nie przekonam, a i wizy (jeszcze) nie potrzeba, żeby zobaczyć na własne oczy, że nie jest tu tak do dupy. To miasto, jak każde inne, trochę smutne i brudne, ale dla mnie rodzinne, więc ważne na maksa. Wychowywanie się w Radomiu lat 90. to kompleks Warszawy, wojenki z Kielcami i targ na Korei, gdzie mama kupowała mi podróby superstarów i pierwszy stanik. To trudne dojrzewanie z paskudnymi szpitalami, pierwsze wagary na stadionie Startu (Chryste, chyba nic już nigdy w życiu nie przebije tego dreszczyku emocji!) i zapiekanki z często zjełczałym serem naprzeciwko kina Atlantic na Moniuszki. W Radomiu zawsze byłam częścią miasta, które pretendowało do bycia metropolią z wielkimi ambicjami, a ja wierzę w to, że miasta mają swoje cechy charakteru i zostawiają w nas trwałe ślady. Radomski przerost ambicji mam w sobie do dziś i chociaż z tym walczę, ciągle zdarza mi się brać z życiem za bary, tylko po to, żeby pokazać, że dam radę. Zupełnie, jak moje miasto, które buduje lotnisko, żeby pokazać innym miastom, jakie jest zajebiste.

Z Radomia są moje ważne wspomnienia, moje wieloletnie przyjaźnie, moja pasja do fotografii spod znaku grona i digarta, moja harcerska przeszłość i rajdy w lasach pod Pionkami. Po radomsku mówię „wchódź”, jem gryzkę, jajka trzymam w matlesach a do wódki używam przepoi. I wcale się tego nie wstydzę. Na kultowych fontannach opalałam się nieraz, urywając się z lekcji, a Reddsa bez dowodu sprzedawał nam o 9 rano miły pan w nieistniejącej już Casablance. Liceum w centrum miasta to była okazja do zaznania miejskiego folkloru; w czasach przed smartfonami kuliliśmy się za bramami, kurząc nielegalnie mentolowe marlboro sprzedawane na sztuki w kiosku naprzeciwko szkoły. Oczywiste było to, że zaraz po maturze wszyscy stąd znikniemy w Warszawach, Krakowach i Lublinach, niosąc tę radomską ambicję dalej w świat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Nie wiem, czy wrócimy, ale miło patrzy się na zalane ludźmi Żeromskiego i tętniące życiem knajpy. Radom to nie było miasto mojej szansy, nie identyfikowałam się z nim zbyt mocno, jednak myślę, że może być takim dla innych. I mentalność chyba też już jest trochę inna, bo coraz częściej ktoś uprzejmie przepuszcza mnie na drodze, zamiast złośliwie ją zajeżdżać. No chyba, że akurat jest piątek wieczór i lokalsi z wiosek zajeżdżają pod Explosion, sprytnie ulokowane w budynku hal mięsnych (świnki już tam są!). Radomskie kontrasty uodparniają Cię na dziwność świata i wyostrzają wyobraźnię, za co jestem wdzięczna i na co teraz patrzę z rosnącym szacunkiem.  I chętnie wypiję za to na kolejnym spotkaniu z moją radomską ferajną, celebrując te słodkie powroty, których wartość zrozumie tylko inny słoik.

 

Cykl #miastomoje: Sandomierz

A: Miasto potrafi wyżłobić w człowieku ślad, jak rzeka, która zwykle przez takie miasto przepływa. O tych miastach, ich realiach i tym dlaczego sporo w życiu ustawiają będzie cykl #miastomoje.

Sandomierz – stare i nowe miasto, giełda, okoliczne wsie. Z fajną historią,  nieudaną transformacją, kilkoma powodziami, największą ilością kościołów przypadającą na jednego mieszkańca, no i cudnym Żmijewskim w sutannie. Dla mnie to moje łamańce, rurki z kremem, Flik, wakacje u babci, spacery. W Sandomierzu w ogóle sporo się chodziło, przynajmniej za czasów świetności Vivy i Gośki Halber, co było skutkiem patologii komunikacji i tego, że po prostu czasem nie było co robić. Obok całego worka dobrych rzeczy z tego miasta jest też bagaż dramy, o której boję się czasem nawet myśleć.

Przyszedł (w końcu) taki moment w życiu, kiedy ten bagaż i ja nie mogliśmy ze sobą funkcjonować. Jeszcze tego wtedy nie widziałam, ale Sandomierz najbardziej zniekształcił mi relacje, bo nauczyłam się, że każda powinna być trochę destrukcyjna, żeby była prawdziwa i to zabrałam ze sobą przy przeprowadzce. W ogóle, nigdy już potem nie czułam w życiu tak silnej potrzeby zmiany miasta i otoczenia jak wtedy, gdy przeprowadzałam się do Krakowa. Pewnie tak było mi łatwiej – utożsamić wszystko co złe z tym jednym punktem na mapie i trzeba mi było kilku(nastu) dobrych lat, żeby sobie ten mechanizm zmienić. Sandomierz rozpoczął jakiś dziwny ciąg przyczynowo-skutkowy, który na razie ma pauzę w Warszawie, a ja pierwszy raz w życiu już nie muszę uciekać dalej i dorosłam nawet do tego, żeby z uśmiechem na twarzy wracać na święta do domu i nie tracić na chwilę tchu przy zielonej tabliczce “Sandomierz”.

Jeszcze nie wiem, czy to miasto mi więcej dało czy zabrało, ale miałam kiedyś teorię, obserwując życia moich sandomierskich znajomych i swoje że gdyby nie Sandomierz, byłoby chyba w życiu nam wszystkim łatwiej i ludzie byliby mniej skomplikowani. To pewnie urok tych wszystkich miast bez przyszłości, planów, wciąż zbyt małych, żeby być anonimowym, a za dużych, żeby brak tej anonimowości nie przeszkadzał.

Na koniec piosenka Grzegorza, którą włączyłam dziś chyba pierwszy raz od 6 lat i po odsłuchaniu sporo przyczyn z tego mojego ciągu uświadomiła: